
|
Karakorum
Relacje uczestników wyprawy w Karakorum:
- Relacja I KARAKORUM 2012 (Emil Wąsacz) NOWOŚĆ
RELACJA I (Emil Wąsacz) - 2012
Karakorum
Wyprawa w drugie, co do wysokości, góry świata - Karakorum, była w pewnym sensie, oczywistością po sukcesie Island Peak. Rysiek twierdził, że jest to najpiękniejsza trasa trekkingowa świata, ale zarazem jedna z najtrudniejszych. Rysiek Pawłowski, jak zwykle, zastosował sprzedaż wiązaną, czyli połączył wyprawę trekkingową ze wspinaczkową. W sumie trzech trekkersów i pięciu climbersów. Po przybyciu na miejsce, okazało się, że na ośmiu uczestników, jest czterech znajomych z Island Peak: Ania i Paweł Gwoździowie, którzy chcą wejść na Gasherbruma 2, oraz Jacek Trela - trekker. Na miejscu okazało się, że organizatorem po stronie pakistańskiej jest firma Hunza Guides Pakistan. Nazwa ta niewiele nam mówiła, ale później wynikły z tego pozytywne implikacje, ale o tym będzie później.
Nasza grupa w biurze Hunza Guides
Po przylocie do Islamabadu, odprawa bez problemów. Pierwszy dzień spędzamy w Islamabadzie na załatwianiu formalności i wjeździe na punkt widokowy, z którego widać całe miasto. Grupa trekkersów zostaje jeszcze jeden dzień w Islamabadzie, w oczekiwaniu na oficera łącznikowego, a my, następnego dnia o piątej, po śniadaniu, ruszyliśmy w drogę. Jedzie trójka Polaków i piątka Niemców tym samym autobusem, którym przyjechaliśmy z lotniska. Przewodnik informuje, że trasę 400 km do Chilas pokonamy w czasie 12 - 14 godzin. Bardzo krótko jedziemy po dość płaskim terenie i dość szybko docieramy do doliny, a właściwie kanionu, którym płynie, jedna z największych rzek świata, Indus.
Indus przebija się przez góry głębokimi kanionami
Jedziemy Karakorum Highway, która jest jedyną drogą przebijającą się przez Karakorum z Pakistanu do Chin. Znana w Chinach pod nazwą Friendship Highway, to droga o długości 1300 km, z miejscowości Kashgar w Chinach do Abbottabad, w pobliżu stolicy Pakistanu. Budowa trwała ponad 20 lat i została ukończona w 1986 r. Jej wymagająca konstrukcja kosztowała życie 810 pakistańskich i 82 chińskich robotników. Przebiega jedną z wielu tras legendarnego Jedwabnego Szlaku. Karakorum Highway wiedzie przez wyżynne rejony Pakistanu i Chin, przecina pasmo Karakorum i przekracza granicę pakistańsko-chińską na Przełęczy Khunjerab, położonej na wysokości 4693 m n.p.m. W niektórych przewodnikach turystycznych, Karakorum Highway jest określana, z pewną dozą przesady, jako ósmy cud świata. W Pakistanie jest jedną z największych atrakcji turystycznych.
Każda ciężarówka to prawdziwe dzieło sztuki
Dużo widziałem w świece, ale tak niezwykłej drogi - nie. Pakistan, jak wiadomo, jest bardzo niespokojnym miejscem na ziemi, dlatego bardzo częste są zapory policyjne i kontrole. Na środkowym odcinku trasy, gdzie mieszkają plemiona sprzyjające talibom, dosiadł się do nas policjant uzbrojony w kałasznikowa, który miał nam zwiększyć bezpieczeństwo.
Naszego bezpieczeństwa strzeże policjant
Do hotelu Shangila Indus View Hotel w Chilas dotarliśmy około 22:00, po osiemnastu godzinach jazdy. Następnego dnia, wstajemy równie wcześnie, gdyż trasa nie jest wiele krótsza. Na pierwszym postoju, mamy obejrzeć ośmiotysięcznik Nanga Parbat (ósmy szczyt świata), a na drugim postoju będzie miejsce, gdzie spotykają się trzy najwyższe pasma górskie na Ziemi. Na pierwszym się zatrzymujemy, ale nic nie widzimy, gdyż Nanga Parbat jest "closed", pardon "in clouds". Na drugim postoju zatrzymujemy się tam, gdzie spotykają się rzeki. Indus z wpadającą do niego Gilgit River. Rozdzielają, w ten sposób, pasma Himalajów od Karakorum i Hindukuszu.
Koparka usuwająca usuwisko
W pewnej chwili, zjeżdżamy z Karakorum Highway na bardzo wąską (na jedno auto) asfaltową drogę, wiodącą do Skardu i wkrótce zatrzymujemy się. Okazuje się, że ulewne deszcze w nocy spowodowały lawinę błotno-kamienistą i trasa jest nieprzejezdna. Dobrą wiadomością jest to, że armia pracuje nad usunięciem przeszkody i za kilka godzin droga będzie przejezdna. Trwało to pięć godzin i do Skardu dotarliśmy około dziesiątej wieczorem.
Skardu - Ascole
W Skardu przesiadamy się na jeepa. Skardu jest typowym miastem, jakie mijaliśmy po drodze. Budynki są z byle czego sklecone, z przodu miejsce zarobku, a z tyłu część mieszkalna.
Trasy przejazdu są niezwykle eksponowane
Sprzedawcami są wyłącznie mężczyźni, w ciągu prawie dwóch godzin zauważyliśmy tylko trzy kobiety.Trasa do Ascole (120 km) zabiera nam prawie sześć godzin. Początkowo całkiem dobra, tzn. bez ekstremalnych przeżyć, a później zaczyna się prawdziwy horror. Większość jest zawieszona, w prawie pionowej skale, odcinkami przewieszonej. Od granic kolein do krawędzi przepaści często jest kilkadziesiąt centymetrów.
Ascole - Johla
Dzisiaj zaczynamy właściwy trekking. Tym razem, śpimy dłużej i o ósmej ruszamy w drogę. Trasa jest dość płaska, gdyż cały czas prowadzi wzdłuż rzeki Braldo. Podejdziemy w górę około 200 m, a suma przewyższeń nie przekracza 400 m. Generalnie, trasa ładna, choć niektóre fragmenty są eksponowane, gdyż poprowadzone są w wyciętej w skale półce. Otaczają nas piękne szczyty. Niektóre z nich przekraczają 6000 m i mają niezwykle ostre kształty. Pogoda na marsz jest dobra, gdyż jest pochmurno. Wadą jest, że od czasu do czasu kropi. Jest na tyle ciepło, że większość trasy idę w T-shircie, jedynie momentami ubieram koszulę z długim rękawem. W połowie trasy jest obiad, skromny, ale jest.
Lunche spożywamy w malowniczej scenerii
Później trasa skręca w lewo, w dolinę dopływu rzeki Braldo. W pewnym momencie, przekraczamy rzekę przez wiszący most i docieramy do campu Johla, z którego rozpościera się piękny widok na szczyt Mango 1 (z tyłu Mango 2 jest praktycznie niewidoczny) o wysokości ponad 6000 m. Jego szczyt ma kształt wieży o praktycznie pionowych ścianach z tych trzech stron, z których go mogę oglądać.
Johla - Paiju
Kolejnego dnia, mamy do pokonania około 20 km, a przewyższenie 250 m, z tym że suma przewyższeń nie przekroczy 400 m. Przejście zajęło nam osiem godzin, ponieważ trasa była nieco trudniejsza, a dawały nam znać trudności dnia poprzedniego. Widoki, jak to we wszystkich górach, gdy się idzie główną doliną, nie zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale co pewien czas, wyłaniają się piękne, postrzępione granie, trudnych dla mnie do określenia, 6-tysięczników. Bardzo dużo jest ostrych, szpiczastych szczytów. Wyróżnia się po lewej stronie Grupa Trango z Trango Towers (6286 m) na czele.
Grupa Trango Towers
Karakorum jest diametralnie inne, niż Himalaje. Doliny są otoczone stromymi, prawie pionowymi ścianami. Dolina to właściwie szeroka płytka rzeka z mieliznami, która ostro wzburza się w czasie topnienia śniegów, a w wyższych partiach, rzeka jest zastąpiona lodowcem. Ściany przylegają do koryta, dlatego większość trasy prowadzi eksponowaną ścieżką, zawieszoną kilkadziesiąt metrów nad rzeką. Niektóre fragmenty, pokonujemy suchą częścią koryta rzeki. Przy wyższej wodzie są warianty alternatywne, ale trudniejsze.
Mniejsze strumienie pokonujemy skacząc po kamieniach
Kolejny dzień to dzień odpoczynku, ale Aslam, nasz przewodnik, proponuje wyjście na punkt widokowy. Wyruszamy o ósmej. Początkowo jest OK, ale później zaczyna się strome podejście z piargami. Wróciliśmy w sumie po czterech godzinach do bazy w Paiju. W międzyczasie z Aslamem ustalamy nasze cele. Po dojściu do Concordii (trzy dni), rezygnujemy z pójścia do baz G1 i G2, gdyż nie ma tam ładnych widoków. Jeśli pogoda dopisze, to idziemy do Bazy pod Broad Peakiem, gdzie nocujemy. Stamtąd idziemy do pamiątkowego kopca pod K-2 oraz do bazy pod K-2 i tego samego dnia wracamy do Concordii. Kolejny dzień to dojście do Ali Camp, a kolejny, to przejście przez Gondogoro La, czyli Gondogoro Pass.
Paiju - Urdukas
Jak dowiedzieliśmy się od przewodnika, czeka nas dzisiaj najtrudniejszy dzień wyprawy. Jest to trasa Paiju - Urdukas. Grupa niemiecka bierze to na dwa dni. Pierwszy dzień z Paiju do Khumbutse (5 - 6 godzin) na 3930 m, a drugi dzień to Khumbutse - Urdukas (6 - 7 godzin). My mamy to zrobić w jeden dzień. Jak to pójdzie zobaczymy. Pobudka ma być o czwartej, ale jest za piętnaście piąta i za dwadzieścia szósta wyruszamy. Pogoda jak żyleta. Od początku idę w jednej koszulce z długim rękawem, aby chronić ręce przed słońcem. Dwie godziny idziemy lekko wznoszącą się trasą, ale później zaczynają się schody. Wchodzimy na lodowiec Baltoro, a właściwie na jego morenę czołową. Jest to jedno wielkie zwałowisko głazów i kamieni z krótkimi, ale niesympatycznymi podejściami i zejściami.
Widoki szczytów, jakie mamy wokół, są imponujące
Miejscami, trasa prowadzi stromymi ścianami otaczających pionowych gór, może ekspozycja nie jest taka, jak w poprzednich dniach, ale często musimy przekraczać strome piarżyska, gdzie niewłaściwie postawiona stopa może zakończyć się długim zjazdem po piargach w dół, niekoniecznie ze skutkiem śmiertelnym, ale wystarczająco bolesnym.
Fragment lodowca Baltoro
Cały czas przesuwa się, zgodnie z naszym tempem marszu, a jest nieduża (średnio 2 km/godz.), wspaniała panorama szczytów wiszących nad nami. Po lewej stronie, ciągle możemy podziwiać Trango Towers, ale nieco z innej perspektywy. Jest to niezwykle trudny szczyt do zdobycia. Mimo wielu prób, z Polaków zdobył go tylko Wojtek Kurtyka w 1988 rok, a nie udało się to żadnej Polce.
Urdukas - Goro II (4450 m n.p.m.)
Dzisiaj pobudka o siódmej, ale wstajemy o szóstej, gdyż nie da się dospać. W rezultacie wychodzę dziesięć po siódmej, Trasa jest mniej uciążliwa pod względem podejść, niż wczorajsza, ale buty się ślizgają, gdyż idziemy po lodowcu, pokrytym cienką warstwą kamieni, które nawet przy małej stromiźnie, ślizgają się pod butami i można się łatwo wywalić. Po drodze, w niesamowitej scenerii, spożywamy lunch. Dzisiaj po lewej stronie dominującym szczytem jest Muztagh Tower.
Grupa Muztagh Tower w całej okazałości
Po drodze przekraczamy niezliczoną ilość cieków wodnych, większość to małe strugi cieknące po lodzie, ale przy przekroczeniu niektórych, trzeba zachować maksymalną ostrożność. Duża część trasy prowadzi krawędzią kilkunastometrowych obrywów lodowych (pół metra odległości od krawędzi), gdzie potknięcie się lub poślizgnięcie, to tym razem pewna śmierć. Kijki zdają tu wspaniale egzamin. Po 6,5 godzinach, docieramy do Goro II, naszej bazy na 4500 m., położonej bezpośrednio na lodowcu pokrytym cienką warstwą kamieni. Spać będziemy zatem nie tylko na twardym, jak dotychczas, ale i na kamienistym podłożu, trochę jak fakirzy.
Goro II - Concordia (4700 m n.p.m.)
Dzisiaj pokonaliśmy trasę ok. 10 km licząc tempo marszu. Coraz wyraźniej rysuje się przed nami sylwetka Broad Peaku, oraz Grupy Gasherbrumów, a po pewnym czasie ich widok zaczyna dominować w krajobrazie na kierunku naszego marszu, z prawej strony na dalszym planie Golden Throne, a na bliższym - Mitre Peak.
Zachód słońca nad Gasherbrumami
Kiedy zaczynamy zbliżać się do Concordii, wyłania się w całej okazałości sylwetka K-2. Z naszego namiotu rozciąga się wspaniały widok na ten szczyt. Mimo, iż wysokość jest ponad 4000 m n.p.m., to temperatura w słońcu wynosi około 30°C, jest bardzo gorąco. Gdy tylko słońce zachodzi, temperatura spada do około zera i jest niezwykle zimno, gdyż organizm jest nastawiony na wychładzanie i na zewnątrz jest zimno. W tym momencie trzeba się ubierać bardzo ciepło z puchową kurtką na czele. Wieczorem, z okazji moich 67 urodzin, wypijamy herbatę z solidną wstawką whisky. Dostaje również Aslam, który twierdzi, że chociaż jest muzułmaninem, to zarazem jest Hunzą, a oni nie przestrzegają zakazu picia alkoholu.
Moje 67 urodziny obchodzę w niezwykłej scenerii
Wieczorem, tym razem, na moją prośbę, o zachodzie słońca portersi zbierają się, aby pośpiewać przy akompaniamencie perkusji, którą jest kanister na benzynę. Jest to na moją cześć, więc dołączam się do tańców. Jest to niezwykłe tańczyć na wysokości 4700 m mając w tle K-2, Broad Peak i inne najwyższe góry Karakorum, a zarazem świata. Tańczy się solo, chociaż momentami tańczą dwie osoby, np. ja i Aslam.
Concordia - Broad Peak BC
Przejście tego odcinka zajmuje nam 5 godzin. Wychodzimy około ósmej. Na Concordii spotykają się lodowce Baltoro z Godwin Austin. Powoduje to wypiętrzenie w rezultacie pierwszej odcinek jest technicznie najtrudniejszy z dotychczasowych. Już na początku, musimy zejść kilkumetrową ścianą lodową, techniką wspinaczkową, czyli czepiając się rękami załamań lodu.
Niektóre fragmenty wymagają techniki wspinaczkowej
Wkrótce czeka nas większa przeszkoda. Sygnalizuje ją korek portersów i trekkersów. Przed nami, opadająca bardzo stromo, wyślizgana ściana lodowa. Omijamy kolejkę i wg wskazówek Aslama, zjeżdżamy po linie w dół. Trzeba przełożyć linę przez plecy (ramiona) i ustawić się w miarę prostopadle do ściany i zjechać w dół. Poszło mi to całkiem dobrze, tylko gdyby to była dłuższa ściana (ta miała 15 m), to można by doznać oparzeń od liny przesuwającej się w dłoniach i po karku. Powoli Broad Peak pozostaje po naszej prawej stronie, aczkolwiek na dotknięcie ręki.
Najbardziej rozpoznawalne szczyty Karakorum K-2 i Broad Peak
Po obu stronach lodowca, po którym idziemy, to prawie pionowe ściany (po prawej Broad Peaku). Przed nami coraz potężniejsza sylwetka K-2. Pogoda dzisiaj jest ciut gorsza. Jest trochę chmur, ale ogólnie, bardzo dobra. Broad Peak BC jest rozciągnięta na długim odcinku. Bazujemy w jego górnej części (4950 km). Obok jest podstawowa baza Szkotów, którzy aktualnie zdobywają Broad Peak, a po jego zdobyciu, pragną szturmować K-2. Zapraszają nas do siebie na lunch. Gdzież znowu to szkockie skąpstwo!
Broad Peak - K-2 BC - Concordia
Noc dość dobrze przespana. O wpół do ósmej wyruszamy do K-2 BC. Trasa jest nietrudna, oczywiście jak na tutejsze warunki. Po prawej, cały czas mamy na wyciągnięcie ręki Broad Peaka, a przed nami rosnącą sylwetkę K-2. Nieco po ponad dwóch godzinach, docieramy do bazy.
K-2 niejedno ma imię
Zatrzymujemy się przy polskiej ekspedycji Adama Bieleckiego, która atakuje K-2. Nikogo z Polaków nie ma. Częstują nas herbatą i ciastkami. Po krótkim pobycie, ruszamy w drogę powrotną. Końcówka jest trudniejsza dla mnie, zwłaszcza przeskok przez około półtorametrowy, głęboki strumień, ale pod górkę. Przedtem, nie miałem problemu, bo było z górki.
Concordia - Ali Base Camp (5000 m)
Mieliśmy mieć dzień odpoczynku, ale Aslam mówi, że pogoda może się załamać i rezygnujemy z tego dnia, przyspieszając program o jeden dzień i ruszamy do Ali BC. Wychodzimy na wysokość ok. 5000 m. Początek, jak na zderzenie lodowców i wypiętrzenie moren, bardzo nieprzyjemny, w górę i w dół po kamieniach. Później wchodzimy na czysty lodowiec. Trzeba bardzo uważać, przekraczamy dużo szczelin, mniejsze do 1 metra - przekraczamy, większe trzeba obchodzić.
Przeskok w tym miejscu, w drodze powrotnej, wzbudził we mnie respekt
Po lunchu, idziemy kamienistym, niskim grzbietem, mając po obu stronach pola pokryte śniegiem. Idąc po lodowcu, najlepiej stawać stopy, na lód mający pory, bo jest twardy. Po godzinie, przechodzimy na pole śniegowe. Początek jest fatalny, co raz pod warstwą śniegu nie ma ani lodu, ani skały i przy głębszym zapadnięciu się, do butów nalewa się woda. Mnie udaje się przejść w miarę suchą stopą. Później jest lepiej, aż do Ali Camp, chociaż ostatni odcinek jest niebezpieczny, po lodowcu z niebezpiecznymi szczelinami. Łącznie, przejście zajęło nam sześć i pół godziny. Camp jest bardzo mały i nie udaje się rozbić namiotów do spania, gdyż nadające się do tego miejsca są zajęte. Będziemy spali w trójkę w mesie, czyli namiocie bez tropiku i podłogi, tylko dach.
Ali Camp (5000 m) - Gondogoro Pass (5690 m) - Hispung Camp (4700 m)
Trasa, którą mamy przejść to ok. 22 km, a zajmie to nam ok. 10 godzin. Pobudkę mamy o północy, a o pierwszej ruszamy w trasę. Jest kilka stopni mrozu i śnieg jest zmrożony, tak że idzie się lepiej, niż wczoraj. Pierwsza godzina to dość strome podejście po śniegu. Moja czołówka nie działa pewnie, więc Aslam załatwił mi inną od kucharza. Praktycznie jej nie używam, gdyż jest pogodnie, a księżyc, tuż po pełni, oświetla nam drogę. Później, przez godzinę, idziemy lekko wznoszącym się szlakiem, cały czas po śniegu, a później zaczyna się "zabawa". Ubieramy raki, chowamy kijki do plecaka, wpinamy się w linę i mozolnie zaczynamy się wspinać. Idzie mi się bardzo ciężko.
Trudniejsze odcinki pokonujemy przy asekuracji liny
Kilka kroków i stop. Po czasie okaże się, że takie jest przeciętne przejście tego dystansu i my mieścimy się w nim. Niestety pogoda pogarsza się i gdy po pięciu godzinach wspinania, docieramy do przełęczy, to góry zasłonięte są mgłą - chmurami i widoków, które są ponoć fantastyczne, nie mamy okazji podziwiać.
Gondogoro zdobyte
Teraz czeka nas prawie pięćsetmetrowe zejście w rakach z ubezpieczeniem linowym. Ważny jest pośpiech, gdyż słońce rozmraża śnieg i w późniejszych godzinach możliwe są lawiny. Wpinamy się karabinkami w linę, przepinając się, schodzimy śniegowym zboczem o nachyleniu 70 - 75o. Jest to bardzo trudne. Trwa prawie półtorej godziny. Odcinkami jest bardzo trudno, szczególnie, gdy są to niebezpieczne, strome odcinki. Śnieg się roztapia i co chwila zapadamy się po pas w mokrym śniegu. Cale szczęście, że mam stuptupy. Trasa jest mordercza, jak z Jackiem porównujemy z Island Peak, to można mówić o porównywalnym poziomie. Następnie czeka nas długi trawers nad lodowcem. Występuje tutaj największe zagrożenie spadającymi kamieniami.
Gondogoro Pass (w środku jasna plama) widziana z Lodowca Gondogoro
W campie, po odpoczynku, spotykamy się na uczczeniu sukcesu, na whisky party z Aslamem i kucharzem, którzy są muzułmanami, ale Hunzami i piją alkohol. W Pakistanie jest prohibicja, ale nie dotyczy Hunzów, gdzie jest lokalną tradycją produkcja alkoholu, a także jego picie.
Hispang Camp (4700 m) - Saicho (3400 m)
Dzisiejszy dzień można uznać za typowo przemarszowy. Przeszliśmy 14 km w czasie około 7 godzin. Można podzielić go na cztery odcinki. Pierwszy bardzo łatwy, lekko opadający. Drugi bardzo trudny, miejscami na półce, gdzie mieściło się pół buta, lub stromo opadający w dół po piarżystym podłożu.
Gondogoro Glacier
Kolejny odcinek, znów lekko opadający w dół i ostatni odcinek szybko opadający w dół, bez żadnych trudności technicznych. Pogoda niezła, ale Aslam mówi, że na Gondogoro spadło pół metra śniegu i grupa niemiecka, która razem z nami startowała, ma przymusowy postój na Ali Campie.
Saicho (3400 m)- Hushe (3200 m)
Dziś czeka nas najkrótszy i najłatwiejszy odcinek trasy (9 km, 3 godz.). Rano pobudka i śniadanie jak zwykle i o siódmej wyruszamy w trasę. Trasa bardzo ładna, tak więc z jednym krótkim postojem po trzech godzinach (zamiast pięciu z rozpiski) docieramy do Hushe. Otoczenie trasy inne niż poprzednio.
Kompozycja kwiatów i lodu w Dolinie Gondogoro
Dołem płynie rzeka Hushe, którą trzeba przejść po chybotliwym moście bez bocznych zabezpieczeń, my poruszamy się nieco ponad nią, wśród pięknie kwitnących różaneczników, a nad nami ostro poszarpane granie górskie, na ogół bez pokrywy lodowej lub śniegowej. W międzyczasie ustalamy z Aslamem, że zyskany czas wykorzystamy na zwiedzanie rodzinnego kraju Aslama - Królestwa Hunzów.
Ozdobą doliny są piękne różaneczniki
Hushe jest to pierwsza miejscowość na trasie. Domy bardzo biedne. Mieszkańcy uprawiają na skromnych poletkach ryż. Kobiety z nakrytą głową, ale odkrytą twarzą. Kilkuletnie dziewczynki są ubrane tak samo jak matki, co powoduje, że wydają się miniaturą starszych kobiet. Pod wieczór właściciel guest house - Hassan proponuje nam zapoznanie się z życiem mieszkańca Hushe. Hushe jest to, jak na tutejsze stosunki, dość stara miejscowość. Liczy sobie ponad 200 lat. W ostatnich, może 20, latach powstało tu trochę nowych domów, jak choćby nasz guest house, ale do standardów, do jakich przywykliśmy, bardzo im daleko. Wchodzimy, m.in. do ciasnego pomieszczenia (3 x 3 m), w którym aktualnie są trzy osoby (przed chwilą było jeszcze dwoje dzieci).
Wnętrze domu w Hushe
Jest to kuchnia. Przy ścianach są półki, na których stoją naczynia. W kącie siedzi w kuchni starzec (jest ciemno, zapalona słaba żarówka trochę rozjaśnia pomieszczenie, że daje się z biedą filmować). Jak wyjaśnia Aslam, jest to głowa rodziny (wygląda na 70 lat, ile ma trudno powiedzieć). Ma piątkę dzieci z żoną, która wygląda na ponad 50 lat. Jest także córka, która zarabia ciasto na "chiapati", czyli placki będące substytutem naszego chleba.Są mili, uśmiechają się.
Hushe - Skardu
Rano, cała ekipa: my, kucharze i portersi pakujemy się do starej Toyoty Landrovera. My siedzimy dość wygodnie, szczególnie ja, gdyż ulokowałem się koło kierowcy, aby móc filmować i fotografować, natomiast portersi upakowani są z tyłu jak śledzie, a gdy droga się ciut poprawi, to będą wisieć na zewnątrz, co jest dość powszechnym, tutejszym zwyczajem.
Ekipa wspierająca nas podczas trekkingu
Skardu - Hunza (Karimabad) 3000 m
Pobudkę mamy o czwartej. Wyjeżdżamy minibusem chyba 10-osobowym, więc mamy luz w aucie. Pierwszy odcinek jest powtórzeniem tego z 26 czerwca, tylko w odwrotną stronę. Ten fakt, a także to, że jest wspaniała pogoda i dobry nastrój powoduje, że jesteśmy zachwyceni trasą. Robimy dużo zdjęć, a także dużo filmuję. Siedem godzin jazdy, we wspaniałej scenerii kanionu rzeki Indus, jest niezapomnianym przeżyciem. Jacek stwierdza, że dla samego przejazdu warto by się tu wybrać.
Po drodze spożywamy lunch i po czwartej docieramy do Karimabad. Jest to stolica Królestwa Hunza. Ostatni odcinek to wspinanie się ostro w górę (na jedynce) do naszego hotelu "Hotel Eagle Nest", czyli "Orlego Gniazda". Jest świetnie usytuowane, z doskonałą panoramą na leżące obok siedmiotysięczniki.
W okolicy Karimabad są liczne siedmiotysięczniki
Dzisiaj mamy 11 lipca i jest jakieś święto Hunzów (Aslam tłumaczy, ale nie do końca rozumiemy co) i po prawej stronie rzeki Hunza, na okolicznych ścianach gór i niektórych szczytach, a także w dolinie, rozpalają się setki ognisk. Wygląda to niesamowicie, choć środkiem, który palą jest mazut i cała zabawa ma niewiele z ekologią do czynienia. Ale trzeba podziwiać tych, którym chciało się wspinać kilkaset metrów, aby zapalić ogień.
Karimabad to stolica Królestwa Hunzów, coś zbliżonego do Królestwa Mustang. Aslam opowiada nam trochę historii swego plemienia, które do czasu zbudowania Karakorum Highway, żyło praktycznie odcięte od świata. Hunzowie posługują się językiem urdu (pakistańskim), ale mają swój własny specyficzny język. Jest kwestią sporną pochodzenie Hunzów, których aktualna populacja wynosi około 700 tysięcy. Hunzowie mają rysy całkowicie odmienne od otaczających je innych plemion, czy pozostałej ludności Pakistanu. Mają rysy europejskie. Aslam twierdzi, że pochodzą od żołnierzy Aleksandra Macedońskiego, którzy pozostali na tym terenie po jego śmierci i rozpadzie jego imperium. Z dyskusji na forum internetowym: histmag.org wynika, że kod genetyczny wskazuje na ich podobieństwo do ludów Europy Wschodniej. Ściślej biorąc do Scytów. Z kolei Scytowie byli spokrewnieni ze Sarmatami, a stąd już niedaleko do Polaków. Trzeba przyznać, że Aslam umieszczony w Polsce, nie wyróżniałby się specjalnie z tłumu.
Hunzowie żyją w dużej zgodzie z naturą. Ich sposób odżywiania i kod genetyczny powoduje, że żyją bardzo długo. Bardzo wiele osób przekroczyło 100 lat życia, m.in. mama Aslama. Przez całe wieki królestwo Hunzów było niezależne, dzisiaj też mają króla, który się niczym nie wyróżnia z tłumu, ale cieszy się dużym autorytetem. Hunzowie pod koniec XIX wieku skłaniali się by oddać się pod protektorat Rosji, ale ostatecznie wylądowali pod panowaniem Brytyjczyków. Mówię do Aslama, że chyba per saldo lepiej na tym wyszli.
Dzieci Hunzów są zadbane i mają rysy europejskie
Również bardzo dużo kobiet chodzi bez nakrycia głowy, wbrew zasadom muzułmańskim. Resztę wieczoru spędzamy grając w tysiąca, przy lekkim raczeniu się miejscowym alkoholem. Smakuje nam średnio.
Karimabad
Dzisiejszy dzień spędzamy w Karimabad jedynie zmieniając hotel. Wstajemy o zaplanowanej porze, jemy śniadanie i przed dziesiątą jedziemy na pierwszy punkt programu - Fort Baltit. Była to siedziba królów Hunzów. Pochodzi z XII wieku, ostatnio została odrestaurowana i wciągnięta na listę zabytków UNESCO. Wzorowana jest nieco na budownictwie tybetańskim i lekko przypomina Potalę, ale w zdecydowanie mniejszej skali. Wynika to z pewnych koligacji, a ściśle biorąc małżeństw, w wyniku czego, budowniczy tego obiektu pochodził z Tybetu. Zwiedzamy poszczególne sale i odnosząc się do proporcji, to jak na siedzibę królewską jest i był to obiekt bardzo skromny, choć oczywiście na tle, tego jak żyli poddani, była to siedziba luksusowa.
Siedziba królów Hunzów - Baltit Fort
Kolejny punkt, to lunch w domu Aslama. Jest to dowodem, że narodziło się między nami coś w rodzaju przyjaźni, gdyż zaproszenie do domu jest swego rodzaju wyróżnieniem. Lunch spożywamy tutejszym zwyczajem, czyli siedząc na dywanach na podłodze. Są typowe dania Hunzów, przygotowane przez żonę Aslama, która pojawia się dopiero przy pożegnaniu. Jest nauczycielką matematyki. Dom Aslama jak na tutejsze warunki jest luksusowy. Po obiedzie Aslam przygrywa na lokalnym instrumencie strunowym.
Lunch u Aslama
Po pożegnaniu się z rodziną Aslama idziemy pieszo do najstarszej części Karimbadu, czyli Fortu Altit i leżącego wokół kompleksu starych domostw. Fort pochodzi z XI wieku i jest najstarszą budowlą w regionie Gilgit - Baltistan. Ulice są podobnie jak w Hushe, ale wszystko jest zdecydowanie bardziej zadbane. Niemniej jednak szokiem jest basen, w którym się kąpią dzieci. Woda jest bardzo brudna i pływa w niej mnóstwo różnych śmieci. Kąpią się w nim jedynie chłopcy i to w długich spodenkach. Na trasie mijamy dużo siedzących kobiet, które coś szyją lub tworzą i usiłują to sprzedać. Fort Altit ma zupełnie inny charakter i Fort Baltit. Jest bardziej surowy. Położony jest na bardzo wysokiej skale, nad rzeką Hunza. Miał on przede wszystkim charakter obronny, choć mieszkali w nim król z królową. Z góry rozciąga się piękny widok na okolicę, jak również, może nie tak piękny widok na tzw. stare miasto. Następne dwa dni poświęcamy na powrót samochodem do Islamabadu. Jedziemy po kilkanaście godzin dziennie.
Emil Wąsacz
Zdjęcia: Jacek Trela, Zbyszek Kryszkiewicz i Emil Wąsacz
cofnij strona główna
|

|