Patagonia


Kultowe szczyty dla Ciebie!


Wyprawy i trekkingi w Andy, Kaukaz, Himalaje, Karakorum, Pamir.

wyprawy
trekkingi
glerie
terminy
kontakt
Wyjazdy cykliczne

Aconcagua - Argentyna
6962 m.n.p.m.

Acouncagua


Elbrus - Rosja (Kaukaz)
5642 m.n.p.m.

Elbrus


Cho-Oyu - Chiny, Nepal
8201 m.n.p.m.

Cho-Oyu


Ama Dablam - Nepal
6856 m.n.p.m.

Ama Dablam









Elbrus (5642 m n.p.m.)

Elbrus - zwany też "Górą Światła" lub "Górą Tysiąca Gór" jest najwyższym szczytem Rosji i Kaukazu, położnym na terenie Kabardyno - Bałkarii. To wygasły wulkan pokryty lodowcami i wiecznym śniegiem, o dwóch szczytach - zachodnim 5642m n.p.m. i wschodnim - 5621m n.p.m. Po raz pierwszy wierzchołek zachodni został zdobyty w 1874 roku. Jest kwestią sporną którą z gór należy uznać za najwyższą w Europie i wobec braku jednoznacznego rozstrzygnięcia przebiegu granic między Europą i Azją kolekcjonerzy Korony Ziemi zdobywają zarówno Elbrus jak i Mt Blanc.

Samolotem udajemy się z Warszawy do Moskwy skąd kolejnego dnia wylatujemy do Mineralnych Wód, a stamtąd autobusem dojeżdżamy do stacji Azał u podnóża kolejki linowej. Czeka nas kilka wyjść aklimatyzacyjnych między innymi na Czeget (3400m n.p.m.) i do pobliskiego obserwatorium. Następnie kolejką i wyciągiem krzesełkowym (jeśli przypadkowo akurat działa :-) wyjeżdżamy do stacji Garabaszi, zaś noclegi spędzamy w pobliskich "Beczkach" gdzie aklimatyzujemy się wychodząc do Skał Pastuchowa. Przy dobrym przygotowaniu kondycyjnym i dobrej pogodzie możliwe jest wejście na szczyt już w piątym, szóstym dniu wyprawy. Pozostały wolny czas przeznaczamy na zwiedzanie okolicznych dolin.

Wejście na szczyt nie przedstawia trudności technicznych, jednakże Elbrus znany jest ze swojej kapryśności i gwałtownych załamań pogody, problemem mogą być również szczeliny. Góra jest pozbawiona wyraźnych znaków orientacyjnych i w załamaniu pogody możliwe jest zagubienie drogi zarówno na szczyt jak i drogi powrotnej. Dlatego mimo trekkingowego charakteru wyprawy nie należy go lekceważyć i potrzebne jest naprawdę solidne przygotowanie kondycyjne, ponieważ wejście (około 9 godzin) i zejście ze szczytu (około 5 godzin) przeciętnie zajmuje około 14 godzin !!!

Uwaga:
W związku z czasochłonnymi procedurami załatwiania wiz i pozwoleń zgłoszenia na wyprawę powinny być dokonywane najpóźniej 1,5 miesiąca przed planowanym terminem wyjazdu.
Dopuszczalna waga bagażu z bagażem podręcznym włącznie wynosi 20 kg!!!





Umowa na Elbrus 2008





Relacje uczestników wyprawy na Elbrus:
RELACJA I (Bożena Skołud)

Spotykamy się w Warszawie na lotnisku, wcześniej miałam okazję poznać jedynie Ryśka Pawłowskiego, a podróż do Warszawy odbyłam z Zielonym (Zbyszek Letner- no bo wszystkie kubraczki ma zielone) i pomyślałam, o kurde ale ZOO, trochę jak z filmu Madagaskar. Pakujemy sprzęt, odprawa, przelot do Moskwy, pierwsze rozmowy, próbujemy się trochę poznać, szybkie wieczorno-nocne zwiedzanie miasta i nocleg. Raniutko odlatujemy do Mineralnych Wód. Lądujemy i cios jak pięścią między oczy - na lotnisku nie ma toalet, a na zewnątrz nie ma krzaków - uff - trochę bardziej nerwowi podróż kontynuujemy autobusem. Wreszcie udaje nam się skorzystać z cienia za przydrożną budką w jakiejś osadzie - jaka ulga.

Docieramy na miejsce trochę znużeni podróżą, ale szczęśliwi, szybko się kwaterujemy i już na następny dzień zaczynamy wejścia kondycyjne. Moje buty trekingowe najnormalniej się rozpadły i to już w czasie podróży, wystarczyły im przesiadki i zwiedzanie miasta. "Tak to już jest, że każdy ma jakieś słabe strony - Bożenka na przykład ma słabe podeszwy." Iwona to cudowne stworzenie pożycza mi swoje buty, takie na śnieg, przywiezione z Alaski, ale znacznie lżejsze od skorup, dziękuję Iwona. Pierwszego dnia kierujemy się do obserwatorium, w kolejnym dniu idziemy pod Czeget (Grzesiu Bielejec decyduje się na samotne i skuteczne wejście na szczyt). Żeby wyprawa nie była nudna to od pierwszego wieczora coś się dzieje. Pierwszej nocy głowę rozwala Mirek, z kolei następnego dnia pod wodospadem udaje się tego dokonać Marcinowi, spektakularny i krwawy upadek. Nasz miły Janek praktykuje zszywanie. Po drugim wypadku uprzedził wszystkich, że nici jeszcze ma, ale środki znieczulające się skończyły, wobec tego następną ofiarę poszyje na żywca - odważnych zabrakło, jednakże Janek dla podtrzymania sprawności paluszków wykonał jeszcze jedno dodatkowe szycie, tym razem buta.

I tak biegamy, wchodzimy i schodzimy dla nabrania kondycji i aklimatyzacji.
Wreszcie przenosimy się do beczek, atmosfera robi się coraz ciekawsza, bo z tego miejsca planujemy atak szczytowy, wcześniej jednak konieczna jest aklimatyzacja. Rysiu uświadamia nam, że Elbrus z powodu ciągłych wyziewów (to w końcu wulkan) stwarza znacznie poważniejsze trudności niż na to wygląda (a wygląda jak damski biust) i porównuje się je z wysokością 7000. Tak więc znowu wchodzimy w górę do i w dół, kolejny dzień powyżej skał Pastuchowa i znowu w dół. W czasie jednego z takich powrotów do beczek ja i Heniek tak się rozgadaliśmy, że nagle Heniu zauważył "O!!! baba wyprowadziła mnie na pole lodowe?" wyglądało ładnie, ale byliśmy świadomi, że takie pola kryją szczeliny, udało się wróciliśmy do domu ( to jest do beczek), cali i szczęśliwi, że to nie były manowce.


Noc w beczkach to kolejne przeżycie, oczywiście o spaniu nie było mowy, bo serce robi "Bum, bum, bum?" jak po zakończeniu maratonu, a ponadto na wszelki wypadek mniej więcej co 15 minut któraś z nas pytała, "śpicie?" i rozlega się NIE, Nie, Nie.

Na trzeci dzień, a właściwie w nocy, bo pobudka o godzinie 3, trochę picia, liche jedzenia, bo nic nie wchodzi do żołądka, a Rysiek nas uspokoił, że bez jedzenia można wiele zdziałać, tak na wszelki wypadek tabletka "na sranie" i w drogę. Kilka osób wyrusza wcześniej na nogach od beczek, reszta podjeżdża ratrakiem do skał Pastuchowi ( ja należę do tej mniej ambitnej grupy) i dalej już walka. Dokucza nam niewyspanie - to już trzecia noc bez snu do tego wysokość, głowa boli jak jasny gwint, a żołądek podnosi się do gardła (dobrze, że posłuchałyśmy Ryska i że jest pusty)? ale idziemy. Wchodzi się źle i niech ktoś powie, że wysokość to nic oj daje w tyłek, daje. Na trawersie powyżej przełęczy słyszę głos Lucy "Bożenka spadasz" i słyszę swoja kretyńską odpowiedź, "spokojnie mam raki" w razie zjazdu raki pomogłyby mi jedynie skuteczniej połamać lub poodrywać nogi? nic się nie stało idziemy dalej. Rysiek dochodzi do nas, wyrzuca 1,5 litrową butlę z wodą z mojego plecaka, które już nie przyda się do niczego, w tym samym czasie załamuje się pogoda. Rysiu "wrzuca" nas za skały i każe czekać, wbijamy raki i jak te porzucone psioki drzemiemy, nie ma szans, pogoda się pogarsza z każdą sekundą, do szczytu jest bardzo blisko - jest w zasięgu ręki. Rysiek każe nam wracać, zbiera wszystkich, którzy w pobliżu i zawraca wszystkich idących z dołu. Do tych, którzy poszli przodem dołącza Heniek Szczęsny i schodzi z nimi. Cześć ekipy weszła na szczyt a byli to: Zosia Kajowicz, Małgosia Łoboz, Janek Kalaciński, Grzegorz Bielejec, Mirek Baran, Marek Majkowski, Marcin Krupowicz, Jerzy Graf, Krzysztof Hejke, Heniu Szczęsny, Grześ Bielejec, oni zdążyli, a pozostali, ja wśród nich, NIE - załamka, wracamy do beczek padnięci, zniechęceni, wściekli, ale żywi. W beczkach jeszcze jedna noc, tamtejsza kucharka poczęstowała nas zupą, a tubylcy wódką, chyba miałyśmy niewyraźne buźki. Rano zbieramy niezbędny sprzęt, pozostały (raki, czekany, kurtki puchowe) deponujemy w beczkach i schodzimy w dół.

Zaczyna się degrengolada, wycieczki do miasteczka, małe wyjścia w góry w sandałkach i klapkach, najpiękniejsze żółte klapki miała Iwona (mogłyby służyć za latarnie morską - taki od nich bił blask). Jedna z wycieczek wiodła do jeziorka, ale po drodze ja i Lucy rezygnujemy z jeziorka i buch w borówki - objadłyśmy z borówek całą górę i nawet przez moment nie było nam żal straconych widoków. Za to reszta ekipy z powodu widoków straciła smak tych niesamowitych owocków. W naszym (Bożeny i Lucy) przypadku jest to uzasadnione gdyż mamy lepszy zmysł smaku niż wzroku : )

Tak przy okazji Iwona od samego początku nas testowała dostrzegając wielkie podobieństwo między mną i Lucy. Okazało się, ze coś w tym jest obie jesteśmy spod znaku Strzelca oraz chińskiego Tygrysa, Obie mamy grupę krwi 0 Rh+ i nasze psy mają takie same imiona "Kajtek". To musi być coś więcej niż przeznaczenie.

Niestety część ekipy, nas opuszcza, impreza, później pożegnania, wyjeżdżają z łezką w oku jednakże szczęśliwi, bo zdobyli Elbrus. My zostajemy z nadzieją, choć coraz mniejszą bo pogoda gorsza i gorsza, w górach spadł śnieg warunki wyglądają na trudne (przynajmniej z dołu) ale postanowiliśmy czekać? pozostaje jeden problem kto jest Jonaszem tej wyprawy, jakoś trudno nam wyrokować. Dzień przed wejściem na szczyt Adam i Jacek decydują się na powrót do domu, trochę bez sensu, bo cóż im dają te dwa dni - tak nam się wydawało, a ja na to "zobaczycie jutro będzie słońce !!!!" Wszystkich rozbawiła ta moja prognoza pogody, bo niebo raczej zapowiada koniec świata niż słońce, ale ja pomyślałam, że to jeden z nich jest naszym przysłowiowym Jonaszem. Chłopcy wyjechali, a rano LAMPA i to jaka ! Cudownie, zbieramy się, sprawdzenie sprzętu, szybkie pakowanie i po południu ruszamy do beczek pełni nadziei, ale też zaniepokojeni tym, co też nas tam spotka w górze, a czekała na nas zima. Oczywiście babki zabrały klapki na wyjścia do kibelka, a tu śniegu po uszy Kajtka, więc klapki okazały się bezużyteczne. Trochę się obawiamy, że warunki w górze będą trudne, ale postanawiamy iść. Nie pomyliliśmy się były trudne, a chwilami bardzo, najbardziej dał nam w kość porywisty wiatr zrywający śnieg i drobiny lodu i siekący tą mieszanka po twarzy. Chwilami wydawało się, że wiatr odrywa nas od ziemi i rzuca o nią z powrotem, ale walczymy. Trzy osoby rezygnują z wejścia reszta walczy do końca. Jest trudno lecz niezmiernie pięknie, niestety wiatr staje się przyczyną braku zdjęć z podejścia, aparaty wyciągamy na przełęczy, tam wiatr cichnie a słońce świeci jaskrawo na błękitnym niebie. Jest zimno Grześ Góra odmraża ręce, boli go okropnie, do tego twarz, potem okazało się, że twarze innych też ucierpiały.

Wreszcie docieramy - góra nagrodziła nas za wytrwałość jest pięknie, niebo czyste, babki mają wilgotne oczy - takie to już jesteśmy. Robimy zdjęcia i schodzimy. Tego dnia na szczyt weszli: Ryszard Pawłowski, Grzegorz Góra, Rafał Urbański, Iwona Gąsiorowska, Łucja Kalisz i Bożena Skołud.

W czasie wyprawy szczytowało 100% bab, trudno się dziwić szczęściu i uśmiechniętej twarzy Ryśka. Schodzimy, zatrzymujemy się w beczkach na krótki odpoczynek, zbieramy sprzęt i wracamy do schroniska, Oni już wiedzą, że się udało, jesteśmy szczęśliwi. Jeszcze pożegnalna impreza znowu pakowanie i wracamy do domu.

Zwykle jeździłam w góry jako solistka lub w towarzystwie jednej lub dwóch osób, nie sądziłam, że w takim licznym gronie indywidualistów może być tak miło. Nie ma nic lepszego jak spotkać niesamowitych ludzi w niesamowitych miejscach - mi się to udało.

Bożena Skołud



RELACJA II (ks. Krzysztof Gardyna)

KAUKAZ - Elbrus - łatwa góra?
Czy istnieje coś takiego jak "łatwa góra"? Tak. Nie. Obie odpowiedzi są poprawne i wbrew pozorom nie wykluczają się wzajemnie. O żadnej górze nie można powiedzieć jednoznacznie, że jest łatwa. Wszystko zależy od warunków zewnętrznych (pory roku, dnia, pogody, konsystencji "podłoża" itp.) oraz od możliwości turysty czy alpinisty (jego doświadczenia, samopoczucia, wyposażenia itp.).

Przykładem niech będzie tu rodzime kopulaste Pilsko, "łatwa" góra w Beskidzie Żywieckim, na którą wchodzi rocznie tysiące zupełnie nie związanych z górami ceprów, a która była też pewnego razu areną walki o życie kilkunastu młodych turystów (kilkoro przegrało!).

Z moich osobistych doświadczeń wzorcem dwuznaczności "łatwizny" jest szlak z Kuźnic na Halę Gąsienicową przez Boczań i Skupniów Upłaz. Znam pewną osobę, o której swego czasu donosił dziennik telewizyjny, podając ją jako przykład niefrasobliwości niektórych turystów - osoba ta przeszła ww. trasę w górę (potem pewnie w dół też) pchając wózek z dzieckiem! Na tym samym szlaku ja sam miałem dwa razy poważne problemy. Pierwszy raz zimą, o zmierzchu, we mgle takiej, że nie było widać końca wyciągniętej ręki, błądziłem kilka godzin po terenie opisanym na mapie jako "Królowa Rówień" i udało mi się zejść do Zakopanego tylko dlatego, że trafiłem przypadkowo na tyczkę, a potem już stopą "wymacywałem" twardszy od otoczenia szlak przysypywany świeżym puchem.

Drugi raz, również w zimie, próbowałem podejść nocą na Halę przez Skupniów Upłaz podczas halnego. Gdy tylko opuściłem w miarę bezpieczny las i zacząłem podchodzić odkrytymi stokami Upłazu, pojawiły się problemy. Po zalodzonej ścieżce próbowałem iść w rakach i z kijkami. Wiatr jednak był tak silny, że podnosił mnie i rzucał kilka kroków dalej (najczęściej w kierunku odwrotnym od zamierzonego przeze mnie). Nie pomogło nawet wbijanie ostrza czekana w lód i czołganie się na kolanach - wiatr nie dawał za wygraną. Domyślając się tylko, co może mnie czekać w tzw. "Diabełku", zrejterowałem i dotarłem na Halę późną nocą przez Brzeziny (a więc zupełnie naokoło).


Elbrus jest łatwą górą. Kiedy patrzy się na niego ze stoków Czegetu (polecam jako wejście aklimatyzacyjne), wygląda banalnie: dwa zaśnieżone pagórki o łagodnych zboczach. Nie wydaje się nawet wysoki. Nie widać na nim żadnych trudności technicznych - bo ich nie ma! Gdyby porównać go z Mont Blanc, jest rzeczywiście znacznie łatwiejszy technicznie.
Poza tym jest górą atrakcyjną, przez niektórych uważaną za najwyższy szczyt Europy. "Europejskość" Elbrusa również nie jest jednoznaczna.

Część geografów widzi granicę Europy i Azji w głównym grzbiecie Kaukazu - i wówczas Elbrus jest w Europie, a tym samym jest najwyższym szczytem Europy, znacznie dystansując Mont Blanc (5642m n.p.m. przy 4807m n.p.m. szczytu alpejskiego). Inni uważają Kaukaz już za góry azjatyckie i wówczas Mont Blanc jest bezkonkurencyjny. Mieszkańcy Przyelbrusia wolą pierwszą opcję (zawsze to lepiej być Europejczykiem, niż Azjatą), bo to znacznie zwiększa ruch turystyczny na ich terenie. Dowcipną, niegeograficzną definicję granic Europy podał himalaista Piotr Pustelnik: "Jeśli Messner twierdzi, że Kaukaz to jest Europa, niech wejdzie do ubikacji w Mineralnych Wodach. Zobaczy, jak wygląda ta jego Europa. Jeśli według niego tak ma wyglądać Europa, to ja bardzo przepraszam!". Na wszelki wypadek ludzie kompletujący Koronę Ziemi wchodzą zarówno na Mont Blanc, jak i na Elbrus.

Elbrus jest też dla nas, Polaków, górą łatwo dostępną. Co prawda wprowadzenie wiz przez Rosję nieco skomplikowało formalności, ale znalazły się już firmy oferujące ominięcie tego problemu za stosunkowo niewielką opłatę. A dalej to już tylko pociąg albo samolot (pierwsza wersja tańsza, ale bardziej skomplikowana i dłuższa czasowo).

Po dotarciu do Terskola w dolinie Baksanu (ok. 2000 m n.p.m.) wystarczy się tylko zaaklimatyzować (polecany już wyżej przeze mnie Czeget - ok. 3400 m n.p.m. - w drodze powrotnej od połowy góry można zjechać wyciągiem krzesełkowym) i już można uderzać na Elbrus. Z Terskola są dwie możliwości dotarcia do tzw. "Beczek". Wersja dla oszczędnych polega na wejściu na własnych nogach (męcząco i nieprzyjemnie - ci, którzy wybrali taką wersję wspominali o brudzie, pocie i łzach). Opcja dla (nieznacznie) bogatszych polega na wykorzystaniu zdobyczy cywilizacji. Kolejka linowa (taka jak na Kasprowy) wywozi nas z wys. 2200 m n.p.m. do stacji Mir na wys. 3470 m n.p.m. (w 2001 r. kosztowało to 130 rubli od osoby za wjazd i zjazd), a stamtąd (za 30 rubli w 2001 r.) kolejka krzesełkowa dowozi do stacji Garabaszi (3800m n.p.m.) w pobliże "Beczek". "Beczki" to rodzaj schroniska, którego nazwa pochodzi od kształtu poszczególnych chatek - położonych poziomo rur. Stąd do nowego "Prijuta 11" tylko 350 m w pionie (1,5 godz. drogi). Warto zostać w "Beczkach" na przynajmniej jedną noc (warunki dużo lepsze, niż w "Prijucie"), by lepiej się zaaklimatyzować, co z pewnością zaprocentuje później. Jednak atak szczytowy przeprowadza się z "Prijuta 11" lub z położonego 100 m wyżej małego schroniska, gdzie można nawet kupić szampana i piwo.

W pobliżu schronisk istnieje możliwość rozbicia namiotów. Niezłym rozwiązaniem jest podejście wyłącznie w celach aklimatyzacyjnych do Skał Pastuchowa (ok. 4700 m n.p.m.) - opłaca się wystartować wcześnie, by śnieg był jeszcze zmrożony.

Atak szczytowy warto rozpocząć w nocy - niektórzy startują już o północy. Trzeba wziąć jednak pod uwagę warunki atmosferyczne: lepiej czasem poczekać dzień lub dwa na pogodę, niż wypalić siły podczas nieudanego ataku w złych warunkach. Pomijam w tym momencie sprawy bezpieczeństwa. Generalnie jest bardzo zimno i wietrznie, warto więc porządnie się ubrać. Podejście do Skał Pastuchowa zajmuje ok. 2 godzin. Zasadniczo idzie się po szerokiej, wydeptanej w śniegu ścieżce (widać ją wyraźnie nawet z przeciwległych stoków Czegetu). Tak szerokiej, że niekiedy nie bardzo wiadomo, którędy iść. Powyżej Skał Pastuchowa "ścieżka" robi się bardziej stroma i lekko skręca w lewo, trawersując stoki wschodniego wierzchołka Elbrusa. Przy dobrej pogodzie idzie się w tłumie ludzi (mijałem dziesięcioletnie dzieci, które później ze szczytu zjeżdżały na deskach snowboardowych!), trudno więc zabłądzić (zaznaczam: przy dobrej pogodzie!). Przed przełęczą nachylenie szlaku staje się mniejsze. Na przełęczy (wys. ok. 5400 m n.p.m.) natkniemy się na ruiny chatki (jeśli nie będą zasypane akurat śniegiem). Stąd wspinamy się (najbardziej stromy odcinek) na zachodnią kopułę Elbrusa. Szczyt (5642m n.p.m.) jest jeszcze dość daleko i widać go dopiero z podszczytowego wypłaszczenia terenu. Całość drogi (z "Prijuta" na wierzchołek) zajmuje od 8 do 10 godzin (ale bywa i dłużej).

A teraz o tym, dlaczego Elbrus łatwą górą nie jest. Wspomniane wyżej 8-10 godzin marszu to odcinek tylko w górę. A trzeba jeszcze zejść (ok. 6 godzin)! Całość więc (w dobrych warunkach i przy niezłej kondycji) zajmuje przeciętnemu turyście blisko 16 godzin. Zważywszy na fakt, że podczas trekingu w Himalajach na tych wysokościach pokonuje się odcinki najwyżej od 6 do 8 godzin dziennie - nie jest to mało! Ważna jest więc kondycja i aklimatyzacja!!! 5600 m n.p.m. to już naprawdę sporo! Podczas zejścia najczęściej robi się ciepło (okolice godzin południowych), a więc zmienia się też konsystencja śniegu. Kiedy wchodziłem na Elbrus (w lipcu 2001 r.): podczas podejścia mieliśmy betony, a w zejściu - w tych samych miejscach - tonęliśmy po kolana w śnieżnej breji. Niebezpiecznym odcinkiem jest trawers wschodniego wierzchołka. Zdarzają się tam wypadki związane z poślizgnięciem na twardym podłożu (betony lub lód). Miałem kiedyś kolegę (księdza), bardzo doświadczonego górołaza i narciarza, który podczas pobytu narciarskiego w Kaukazie wpadł na pomysł wejścia na Elbrus i na skutek poślizgnięcia się (szedł bez raków!) na trawersie i dwustumetrowego, niekontrolowanego zjazdu doznał śmiertelnego urazu głowy, a nie jest to odosobniony przypadek.

Innym niebezpieczeństwem Elbrusa są załamania pogody. W przeciągu 16 godzin może się zdarzyć wszystko. Rozgwieżdżone podczas startu niebo może pokryć się burzowymi chmurami w kilkadziesiąt minut. A wystarczy, że znajdziemy się w zasięgu chmur (czyli we mgle) i widoczność nagle spada do zera. Wówczas zaczyna się walka o przeżycie (nie dla wszystkich kończąca się szczęśliwie). Olbrzymie śnieżne przestrzenie oferują liczne możliwości (nie zawsze bezpiecznego i szczęśliwego) schodzenia w dowolnym kierunku (też nie zawsze zaplanowanym). A dodatkowym niebezpieczeństwem gór lodowcowych są szczeliny w lodowcu (a iluż alpinistów wchodzi na Elbrus związanych liną?!). Wystarczy śledzić doniesienia mediów z ostatnich dwóch lat, by zdać sobie sprawę z faktu, że łatwy Elbrus nie zawsze i nie dla wszystkich jest łatwy.

ks. Krzysztof Gardyna



cofnij   strona główna







Sponsorzy wypraw:

METALKO EXPERTIA CARGO CHS computers Hi Mountain Małachowski


Patagonia - Ryszard Pawłowski © 2007
webdesign : emoweb
Informacje zawarte na niniejszej stronie nie stanowią oferty w rozumieniu art. 66 i następnych kodeksu cywilnego.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystanie zawartości tej strony bez pisemnej zgody autora i webmastera jest zabronione.