W najrozleglejszych górach świata, Andach, położny jest najwyższy szczyt obu Ameryk i zarazem najwyższy szczyt wznoszący się poza Azją - Aconcaqua.
Góra nazwana przez Inków Acconcahuac (co w ich języku oznacza "kamienny straznik") stanowi jeden z filarów "Korony Ziemi" co czyni ją szczególnie atrakcyjną dla wspinaczy.
Aconcaqua leży w argentyńskiej prowincji Mendoza, 15 km od granicy z Chile. Jest masywem pochodzenia wulkanicznego, swoja wysokością znacznie przewyższa sąsiednie wierzchołki, wydając się jeszcze wyższa niż jest w istocie.
Otaczające ja góry pokryte są jałowymi, stromymi zboczami , stanowiącymi pustynny teren z usuwającymi się spod nóg kamieniami. Roślinność jest tu bardzo uboga i praktycznie zanika na wysokości ok. 4000 m co potęguje wrażenie pustki i surowości i sprawia że rejon ten odwiedzany jest niemal wyłącznie przez wojskowych i wspinaczy.
Szczególne wrażenie robi pionowa, południowa ściana widziana z doliny Horcones - ścianą tą, wśród barier seraków i ruchomych skał, prowadzą najtrudniejsze drogi na wierzchołek.
Lista sprzętu do zabrania na wyprawę:
śpiwór puchowy
kurtka puchowa
botki puchowe
wór transportowy (80-100 L)
plecak (60-80 L)
plecak mały (20-30 L) - podręczny
buty plastikowe
buty trekkingowe
rękawice ciepłe (łapa wice)
rękawiczki polar albo wind stopper
rękawiczki cienkie (od słońca)
bluza z polara (lub wind stopper)
spodnie z polara
bluza przeciwwiatrowa
spodnie przeciwwiatrowe
termos
butelka na napoje
raki
kijki narciarskie
czapka ciepła
czapka przeciwsłoneczna z daszkiem i osłoną na kark
Pamiętaj, nawet najlepszy sprzęt nie zapewni Ci wejścia na szczyt bez przygotowania kondycyjnego i nastawienia psychicznego!
Kalendarium
1897 - szwajcarski przewodnik M. Zurbriggen, członek brytyjskiej ekspedycji pod kierownictwem E. Fitzgeralda, zdobywa szczyt 14 stycznia wchodząc od strony zachodniej, drogą uznawaną dzisiaj za klasyczną
1934 - czworka polskich wspinaczy: K. Narkiewicz-Jodko, S. Daszyński, W. Ostrowski i S. Osiecki dokonują pierwszego wejscia od strony wschodniej przez lodowiec, zwany odtąd Lodowcem Polaków
1954 - uczestnicy francuskiej wyprawy G.Poulet, R.Paragot, E.Denis, P. Lasueur, L. Bernardini i A.Dagory jako pierwsi pokonują trudny centralny filar na scianie południowej osiagając wierzchołek 28 lutego
1974 - austriacko-włoska wyprawa Reinholda Messnera dokonuje prostowania w górnym odcinku drogi francuskiej z 1954. Siedemnaście lat póżniej, ta samą drogę pokonuje samotnie Austriak T. Bubendorfer
1982 - czterej Słoweńcy Z. Gantar, I. Rejc oraz bracia Pavel i Peter Podgornik po dziewięciodniowej wspinaczce na południowej ścianie osiągają południowy wierzchołek góry. Obecnie droga ta, nazwana "słoweńską", uznawana jest za najtrudniejszą na całej górze.
Krótka informacja o wyprawie:
Celem wyprawy jest wejście na szczyt Aconcaqua - najwyższy szczyt obu Ameryk.
Wybieramy jeden z dwóch klasycznych wariantów osiągnięcia wierzchołka tzn. od północnego wschodu, rozpoczynając z miejscowości Punta del Inca. Po trzech dniach marszu przez doliny Vacas i Relinchos docieramy do bazy Plaza Argentina, ulokowanej na wysokości 4200 m. Do tego miejsca bagaż transportowany jest na grzbietach mułów; powyżej bazy cały niezbędny sprzęt transportują uczestnicy, przy okazji zdobywając aklimatyzację i kondycję.
Przez następne parę dni zakładamy kolejne obozy: obóz I na wysokości ok. 5300 m oraz obóz II na wysokości ok. 5950 m. Przy dobrych warunkach pogodowych wejście na szczyt z obozu II zajmuje ok. 8-10 godzin, czas wejścia uzależniony jest przede wszystkim od (oprócz pogody) samopoczucia uczestników.
Program akcji górskiej jest tak ułożony, aby w razie nieudanego wejścia na szczyt np. ze względu na złą pogodę lub gorsze samopoczucie, możliwe było ponowienie ataku.
Do bazy wracamy tą samą trasą, likwidując po drodze kolejne obozy.
Warunki pogodowe jakie napotkamy podczas wyprawy są ekstremalne i skrajnie różne - od zenitalnego słońca na początku podejścia do ujemnych temperatur, lodu, sniegu i silnych wiatrów w wyższych partiach góry.
Samo wejście na Aconcaque nie stwarza większych trudności technicznych, pamiętać jednak należy, że znaczna wysokość (prawie 7000 m) oraz często występujące trudne warunki pogodowe sprawiają, że wejście na wierzchołek jest zawsze poważnym przedsięwzięciem.
Relacja V (Rafał Bobiński) NOWOŚĆ (Wagary z kamiennym strażnikiem)
RELACJA I (Ryszard Pawłowski)
Zespół oceniają po tym jak kończy.
Sezon 2007 charakteryzowała wyjątkowo kapryśna i zróżnicowana pogoda oraz skrajnie różne warunki. Początkowy okres do 15 stycznia był ciepły, bezwietrzny ale też bezbarwny - powiedziałbym, że mało górski, bo śniegu jak na lekarstwo, a szczyt zdobyć można było w półbutach miejskich. Nasz pierwszy zespół, z teoretycznie silnymi uczestnikami, miał wyjątkowego pecha, ponieważ ataki szczytowe przypadły na początek długotrwałego, niespotykanego od lat załamania pogody: silnych wiatrów i obfitych opadów sniegu, które spowodowały, że teren stał się lawiniasty i niebezpieczny. Dwukrotne ataki zakończyły się niepowodzeniem i spowodowały, że chłopaki stracili zapał i serce do walki. Po ich zejściu do bazy wspólnie z Wojtkiem Falkowskim i Januszem Szubą podjęliśmy próbę dosłownie "ostatniej szansy" i atakiem z Nido de Condores, brnąc w lawiniastym śniegu, walcząc z wiatrem i niską temperaturą, stanęliśmy na szczycie Aconcagua ( 6962m). Byłem pierwszym od 6 dni człowiekiem, który tego dokonał, a Wojtek dotarł tam wkrótce za mną. Jeszcze tego samego dnia zeszliśmy do bazy na Plaza de Mulas.
Pięciodniową przerwę w oczekiwaniu na drugi "turnus" wykorzystaliśmy z Jurkiem Palichem na zwiedzanie atrakcji Pustyni Atakama i moczenie nóg w ciepłych wodach Oceanu Spokojnego.
Z drugą grupą, odżywieni soczystymi stekami w Mendozie i napojeni argentyńskimi winami, wyruszyliśmy na podbój Naszej Góry. Wieści nie były optymistyczne. Duże opady śniegu, silne mrozy i huraganowe wiatry spowodowały, że nawet najlepsze zespoły wracały na tarczy. Głośno wyraziłem nawet obawy, że w porównaniu z nimi jesteśmy "cienkie Bolki" czego mój zespół do końca nie mógł mi wybaczyć - zmobilizował się maksymalnie i zaczął działać jak naoliwiony szwajcarski zegarek :-). Już ósmego dnia od wejścia w Dolinę Horncones wszyscy stanęliśmy w komplecie na szczycie. Brawo Joasiu ! Brawo chłopaki ! Zrobiliście mi wspaniałą niespodziankę ! Miałem też dodatkową satysfakcję, ponieważ stanąłem na szczycie po raz 20-ty.Cóż więcej mógłbym dodać ? Zespół ocenia się po tym jak kończy. Lider Rysiek Pawłowski.
Tegoroczna styczniowa wyprawa na Aconcagua (6962 m n.p.m. Ameryka Pd) obfitowała w wiele wrażeń spowodowanych głównie (i niestety) gwałtownym oraz długotrwałym załamaniem pogody. Góra zgotowała prawdziwe piekło: było lawiniasto, wiał bardzo silny wiatr i miał miejsce duży opad śniegu na skutek czego, mimo wielu prób, żadnemu z atakujących zespołów przez sześć dni nie udało się zdobyć wierzchołka. Pierwszym śmiałkiem który po sześciodniowym zastoju wspinaczkowym przetarł drogę na szczyt był Rysiek Pawłowski - wraz z najwytrwalszym z uczestników wyprawy Wojciechem Falkowskim w dniu 20 stycznia 2007 roku stanął na szczycie Aconcagua. Gratulacje!
Pod koniec stycznia 2007 roku rusza kolejna wyprawa na Aconcagua pod kierownictwem Ryśka Pawłowskiego. Trzymamy kciuki za Dobra Pogodę !!!
Lider wyprawy - Ryszard "Napał" Pawłowski
RELACJA II (Anna Borecka-Pasek)
Dzięki nieocenionej pomocy Sponsora i własnej determinacji spełniłam moje marzenie - 12.02.2003 r. stanęłam na najwyższym szczycie Ameryki Południowej - Aconcagua, 6962 m n.p.m. A zaczęło się tak:
Przygotowania Po kilku latach alpejskich wędrówek dojrzałam do gór wysokich. Postanowiłam jechać na treking w Himalaje. Wyjazd był zaplanowany na 27.10.2001 r. Po tragedii z 11.09. w USA miałam poważne wątpliwości, czy w czasie ogólnego chaosu i dezinformacji powinnam lecieć gdziekolwiek. Obawiałam się, że z jakichś przyczyn powrót będzie niemożliwy. W końcu podjęłam męską decyzję. Nie jadę! Dziwnym trafem, w dniu planowanego powrotu z Dehli, tj. 21.11.2001 r. próbowano porwać samolot. Wiadomość usłyszałam w radiu. Moja córka natychmiast zadała pytanie: -Mamo, to nie z tego miejsca miałaś dzisiaj wylecieć? Aż mnie zamurowało! Na lotnisku musiało być gorąco...
Jeszcze we wrześniu, podczas spotkania ludzi gór, dostałam propozycję wyjazdu na Aconcaguę. Nie dowierzałam własnym uszom. To prawie 7000 m. Miałam długą przerwę we wspinaczce. Najwyższy szczyt osiągnięty przeze mnie mierzył zaledwie 3672m , Grossvenediger w Austrii. Swoje dotychczasowe doświadczenie uważałam za niewystarczające.
Jednak pomysł został poczęty. "Ciąża" trwała 16 długich miesięcy. W tak zwanym. międzyczasie wspinałam się w Alpach i Kaukazie, osiągając ich najwyższe wierzchołki i mniejsze góry też. Wyprawa w Andy była planowana na styczeń 2002 r. , ale w grudniu był stół operacyjny i 5-miesięczny szlaban na uprawianie sportów. Marzenia przesłoniła wielka góra bólu i tęsknoty. Nie wytrzymałam jednak W marcu pojechałam na narty w Alpy.
We wrześniu 2002 r. poznałam ludzi, dzięki którym moje marzenie stało się wyzwaniem. Sam pomysł wyprawy z Ryśkiem Pawłowskim "Napałem", jednym z najlepszych polskich himalaistów, wydawał się nierealny. Jeszcze zdobycie funduszy i skompletowanie sprzętu. To już szaleństwo! Dzięki pomocy wielu osób oraz mojemu uporowi mogłam wpisać do służbowego kalendarza wielkimi drukowanymi literami: A C O N C A G U A
Andy, 26.01.-21.02.2003 Uczestników wyprawy poznałam dopiero na lotnisku, w Warszawie i Frankfurcie. Podczas międzylądowania w Buenos Aires już nuciliśmy wspólnie " Podróżować jest bosko! Na lotnisku w Santiago czekał na nas Rysiek Pawłowski. Wystarczą tylko 24 godziny aby przenieść się o 13 000 km, z mroźnej zimy w zenitalne słońce, z firmowych spraw w inkaski świat nieustannego wiatru i przygody czyhającej za każdym zakrętem. Do Argentyny jechaliśmy krętą andyjską trasą . Przylepiłam nos do szyby, zachwycona górami. Dziki krajobraz kontrastował z pastelowymi barwami skał. Moje góry łososiowe! Pomyślałam. To niewiarygodne, ale te skały mają w sobie więcej barw, niż zachodzące słońce.
Nie od razu wyruszyliśmy w góry. Najpierw trzeba było wykupić pozwolenia na wspinaczkę w odległej Mendozie. To liczące 700-tys. mieszkańców miasto, przedmieściami przybliżało tureckie klimaty, natomiast centrum - europejską stolicę. Niebywały upał oraz ulice wykładane... kafelkami przypominały, gdzie jesteśmy. Po atrakcjach turystycznych typu kąpiel w wodach termalnych w Puente del Inka, pływanie w jeziorze powyżej 3 500 m, spanie pod gwiazdami z widokiem na Krzyż Południa oraz ważenie bagażu pakowanego na muły, ruszyliśmy w drogę. Dojście do bazy trwało 3 dni.
Droga nie wydawała mi się uciążliwą, słońce palącym a kurz wszechobecnym. Szłam w stronę Góry. Obozowiska składały się z kamieni, namiotów, latryn i mułów - z szeroko zawiązanymi oczami. Uporczywy wiatr nocami się jeszcze wzmagał, przekrzykując mojego walkmana. Jednego ranka złożyliśmy wizytę argentyńskim kowbojom, czyli gaucho. Powitali nas chlebem i yerba mate / argentyńska herbata, którą się pije przez specjalną rurkę/ . Na wspomnienie przeprawy przez rzekę, skoro świt, w wodzie mrożącej nawet mózg, chce mi się krzyczeć: Myślałam, że umrę!
Szczyt, 6962 m Od bazy mieszczącej się na wysokości 4 200 m chodziliśmy wahadłowo do obozu I (5 100 m) i II (5 900 m). Oznaczało to dwukrotne lub trzykrotne pokonanie odległości pomiędzy obozami, aby łatwiej się zaaklimatyzować. Przez osypujący się piarg i labirynty penitentów brnęliśmy ku górze. Penitenty, to spotykane tylko w kilku miejscach na świecie śnieżno-lodowe igły, tworzące czasami kilkumetrowy las. Olbrzymie połacie penitentów wytapiały się prawie w mgnieniu oka. Nad zamarzniętym potokiem stworzyły bajkowy świat. Ale powyżej 6000 m żarty się skończyły. W dniu ataku szczytowego do pokonania było 1000 m w pionie, w śniegu, mrozie i przy silnym wietrze. Powyżej 6 500 m szło mi się coraz gorzej. Na 200 m przed szczytem, w tzw. rynnie Canaleta, składającej się z osypujących się kamieni i... kamieni, zaczęłam iść siłą woli. Wśród wirujących płatków śniegu stanęłam na szczycie ok. godz. 16.00. Gratulacje, uśmiechy do kamery, zdjęcie dla Sponsora i trzeba było ruszyć w dół. Po 9 godzinach podejścia i 3 godzinach zejścia wreszcie namiot, śpiworek i herbatka (obóz II). Warto wleźć na prawie 7 000 m, aby przekonać się jak niewiele potrzeba do szczęścia.
Dopiero dochodząc do obozu I poczułam radość ze zwycięstwa. Było ono tym większe, że weszła cała nasza ekipa, 5 panów i ja. W bazie świętowaliśmy sukces po raz pierwszy. W Santiago, podczas spotkania z zaprzyjaźnioną grupą z Kanady, wypowiadaliśmy kolejne górskie życzenia. Jednym z nich jest McKinley, 6194 m na Alasce. Podobno jedna z najzimniejszych gór na świecie, no i trudniejsza technicznie od andyjskiej. Kolejny klejnot w Koronie Ziemi. Mogę go mieć!
Z wyprawy przywiozłam argentyńskie ponczo i przekonanie, że najważniejsze są Góry i Ludzie, których dzięki górom poznajemy.
Anna Borecka-Pasek
RELACJA III (Rafał Ferdyn)
Wylot z Polski 17-01-2008. Nastepnego dnia jestesmy ju. w Santiago de Chile i wieczorem siedzimy w hotelu w przytulnym patio przy chilijskim winie. Dzien nastepny to przejazd do Mendozy. Po drodze dwie godziny bezproduktywnego oczekiwania na granicy, ale wieczorem delektujemy wino argentynskie.
Nastepnego dnia, po południu mamy wyczekane długo i cierpliwie (urzednicy tam sa bardzo skrupulatni) pozwolenia wejscia na nasza góre, wiec ruszamy. Wieczorem na kolacje spo.ywamy steki popijajac piwem w Puenta del Inka, miejscu skad wyruszaja karawany na Aconcagua - najwyższy szczyt Ameryki Południowej.
22 lutego 2008, dzień ataku szczytowego i dzień następny - zejście do bazy Obóz II - Plaza Colera, 5970 m n.p.m. Godzina 4 rano, otwieram oczy, oczywiście ciemno, zimno, wszystko w namiocie oszronione, strasznie mi się nie chce wychodzić ze śpiwora, ale trudno, trzeba wstawać i podjąć ten jeszcze jeden wysiłek. Właściwie najgorsze na tej wyprawie jest to poranne wstawanie - nie dość, że ciemno i zimno, to jeszcze mój organizm nie funkcjonuje dobrze o poranku i wolno się rozkręcam. Ale na szczęście nie było za dużo takich dni. Noc na prawie 6 tysiącach przespałam w miarę dobrze, więc szybko przekonuję samą siebie, że nie ma wyjścia, trzeba wstawać i iść w górę.
"Maciek, wstajemy" - budzę kolegę, z którym dzielę namiot w Colerze.
"Naprawdę już musimy?" - chyba nie tylko ja mam takie dylematy - "No dobra, właściwie to możemy dać sobie jeszcze pół godziny" - myślę sobie i zapadam w letarg.
Po 3 minutach przychodzi jednak otrzeźwienie. Jakie pół godziny?! Nie mamy czasu, jak chcemy wyjść o 6, to musimy się zbierać.
Topienie śniegu trwa przeraźliwie długo, klnę w myślach, że nie zrobiliśmy tego poprzedniego wieczoru, ale trochę nie było jak.
W ogóle wszystko zajmuje nam w tych warunkach strasznie dużo czasu, buty i raki zakładam chyba z 20 minut...
Wagary z kamiennym strażnikiem
Indianie dumnie nazwali górę Kamienny Strażnik czyli Aconcagua, my - Anka, co znaczy mniej więcej to samo.
Jeszcze bardziej niż jej wysokość (6962 m n.p.m.), imponująca jest liczba różnych "naj" zamieszczonych w licznych opracowaniach.
Jak się nie oprzeć takim określeniom jak najwyższa góra ameryki południowej, najwyższa góra obu ameryk, najwyższy szczyt półkuli południowej, najwyższy szczyt półkuli zachodniej, najwyższy szczyt poza Himalajami itp.
Przy takim portfolio, Everest może jedynie wziąć numerek i ustawić się w kolejce...
Informacje zawarte na niniejszej stronie nie stanowią oferty w rozumieniu art. 66 i następnych kodeksu cywilnego. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystanie zawartości tej strony bez pisemnej zgody autora i webmastera jest zabronione.