
|
Ama Dablam (6856 m. n. p. m.)
Ama Dablam, położona w sercu Doliny Khumbu jest bez wątpienia najpopularniejszym szczytem Nepalu. Już w Katmandu przyciąga uwagę na niezliczonej ilości plakatów i pocztówek, uwieczniony jest także na miejscowej walucie. Jego sylwetka wygląda szczególnie imponująco z Tengbocze - "stolicy" krainy Szerpów i miejsca gdzie znajduje się najsłynniejszy klasztor buddyjski Nepalu.
Dla Tybetańczyków i miejscowych Szerpów góra ta ma znaczenie mistyczne. Ama znaczy matka, Dablam to amulet, wizerunek boga noszony wokół szyi i ramion przez Lamów.
Ama Dablam znaczy zatem "klejnot matki".
Celem wyprawy jest wejście na szczyt Ama Dablam południowo wschodnim filarem, czyli najbardziej popularną drogą prowadzącą na wierzchołek.
Po dotarciu samolotem do Lukli, czeka nas jedno lub dwudniowy marsz do Namche Bazar położonej na wysokości 3440 m stolicy krainy Szerpów. Właściwe podejście zaczyna się w Pangboche, ostatniej zamieszkałej przez cały rok wioski w rejonie Khumbu. Pomiędzy bazą a szczytem zakładamy dwa obozy pośrednie, transportując niezbędny sprzęt, jednocześnie zdobywając aklimatyzację.
Sama wspinaczka na szczyt, początkowo w czystej, bezpiecznej granitowej skale, potem stromym odcinkami lodu i po śnieżnym ostrym filarze wyprowadzającym na wierzchołek jest niezapomnianym przeżyciem. Ze szczytu rozciąga się imponujący widok na okoliczne "olbrzymy": Mount Everest, Lhotse, Makalu i Cho Oyu.
Uwaga:
Góra jest trudna technicznie, długie odcinki prowadzą w skalnym, stromym terenie (miejscami do V+, VI). Wyprawa przeznaczona jest wyłącznie dla osób z doświadczeniem wspinaczkowym, posiadających umiejętność swobodnego poruszania się w skale i korzystania z lin poręczowych. Konieczne jest bardzo dobre przygotowanie kondycyjne.


|
Lista sprzętu do zabrania na wyprawę:
- śpiwór puchowy
- kurtka puchowa
- botki puchowe
- wór transportowy (80-100 L) - na karawanę
- plecak (60-80 L)
- Czekan lodowy
- buty plastikowe
- uprząż alpinistyczna
- przyrząd samozaciskowy (Jumar) - 1 szt.
- rękawice ciepłe (łapawice)
- rękawiczki polar albo wind stopper
- rękawiczki cienkie (od słońca)
- bluza z polara (lub wind stopper)
- spodnie z polara
- bluza przeciwwiatrowa
- spodnie przeciwwiatrowe
- termos
- butelka na napoje
- raki
- kijki narciarskie
- czapka ciepła
- czapka przeciwsłoneczna
- okulary przeciwsłoneczne (lodowcowe)
- ochraniacze przeciwśniegowe
- bielizna przeciwpotliwa (koszulki-2 szt., kalesony 2-szt.)
- koszulki bawełniane
- gogle narciarskie
- termorest lub karimat - 1 szt.
- krem oraz pomadka z filtrem UV
- przybory kuchenne osobiste (kubek, łyżka, miska)
- czołówka i zapasowe baterie
- przyrząd zjazdowy (ósemka)
- karabinki osobiste - 6 szt.
- pętle i taśmy osobiste
- kask wspinaczkowy
- aparat fotograficzny
- ulubiona maskotka
|
Pamiętaj, nawet najlepszy sprzęt nie zapewni Ci wejścia na szczyt bez przygotowania kondycyjnego i nastawienia psychicznego!
Plan wyprawy Island Peak + Ama Dablam 2007:
| dzień 1 |
Warszawa -Kijew- Delhi |
| dzień 2 |
Delhi- Kathmandu |
| dzień 3 |
Kathmandu- odpoczynek, zwiedzanie |
| dzień 4 |
Przelot Katmandu - Lukla (2800m) - Phakding |
| dzień 5 |
Namche Bazar (3440 m) |
| dzień 6 |
Wypoczynek - wycieczka do Khumjung (3763m) |
| dzień 7 |
Pangboche (4252m) |
| dzień 8 |
Dingboche (4343m) |
| dzień 9 |
Chukhung (4920m) - Chukung Ri (5400m) |
| dzień 10 |
Island Peak - baza (5150m) |
| dzień 11 |
Aklimatyzacja - wyjście do 5800m |
| dzień 12 |
Island Peak (Imjatse) - 6189m - szczyt |
| dzień 13 |
Dingboche albo Pangboche - zejście |
| dzień 14 |
Ama Dablam BC (4576m) - baza |
| dzień 15 |
Baza - wypoczynek |
| dzień 16 |
Baza - obóz I (5700m) - Nocleg |
| dzień 17 |
Powrót do bazy |
| dzień 18 |
Baza - odpoczynek |
| dzień 19 |
Obóz I - II (6000m) - I-szy |
| dzień 20 |
I - III (6300m) |
| dzień 21 |
III - szczyt Ama Dablam (6856m) - III |
| dzień 22 |
III - baza, albo I-ka |
| dzień 23 |
Rezerwa |
| dzień 24 |
Rezerwa |
| dzień 25 |
Baza |
| dzień 26 |
Porzšdki i pakowanie |
| dzień 27 |
Baza - Namche Bazar |
| dzień 28 |
Namche - Lukla |
| dzień 29 |
Lukla - Kathmandu - przelot |
| dzień 30 |
Kathmandu - odpoczynek, zwiedzanie |
| dzień 31 |
Wylot Kathmandu - Delhi |
| dzień 32 |
Delhi-Kijew- Warszawa |
|
Umowa na Ama Dablam 2008
Relacje uczestników wyprawy na Ama Dablam:
RELACJA I (Tomasz Burzyński)
Ama Dablam....gdy ją ujrzałem kilka lat temu w albumie, nie wiedząc jeszcze, co to za góra, gdzie dokładnie się znajduje i jakie są możliwości wspinaczki, wiedziałem, że jeżeli kiedykolwiek uda mi się pojechać w Himalaje, będzie to pierwszy cel.
Później jak już wiedziałem o Ama Dablam dużo więcej, kiedy okazało się, że Rysiek Pawłowski organizuje tam cykliczne wyprawy, zrodził się w mojej głowie pomysł..... i tak dojrzewał kilka lat, aż do 2002 roku.
Decyzja została podjęta na początku roku "teraz albo nigdy!", kontakt z Ryśkiem (akurat na początku roku był na Makalu), znowu niecierpliwe czekanie, aż wreszcie na wiosnę...jest! telefon od Ryśka...tak, oczywiście, moje plany są poważne, wspinam się od dawna, do zobaczenia w W-wie....klamka zapadła.
Potem jeszcze tylko pełne obaw o przyszłość egzystencjalną, załatwianie kredytu umożliwiającego sfinansowanie marzenia, zakupy sprzętu i.... dzień za dniem coraz bliżej Tego Dnia.
A przygoda już się zaczęła, tak naprawdę od pierwszego spotkania z Ryśkiem, zaraz potem z Anką Czerwińska, niesamowite!, ludzie, o których kiedyś, blisko 10 lat temu, kiedy zaczynałem się wspinać, czytałem tylko w książkach, będą razem ze mną na tej samej wyprawie w Himalaje...
Wreszcie październik, Rysiek wylatuje do Kathmandu razem z jedną uczestniczką wyprawy dwa dni przed nami, żegnamy ich na lotnisku, odbieramy bilety na nasz samolot za dwa dni, jeszcze całe dwa dni czekania, dłużą się w nieskończoność...
Sobota 19 października, lecimy we czwórkę, najpierw do Wiednia, tam przesiadka na drugi samolot i długi lot do Delhi w Indiach, tu przerwa, koczowanie na lotnisku w oczekiwaniu na kolejny samolot do Kathmandu.
Kto przeżył tych kilkanaście godzin na lotnisku w Delhi, wie co to oznacza, przynajmniej za pierwszym razem, egzotyka zaczyna nas otaczać, ale nic to! sklep bezcłowy jest kilka metrów obok, jego asortyment koi nasze nerwy i obawy, zasypiamy smacznie na lotniskowych fotelach...
Rano lot do Nepalu, zaraz po starcie....tak! pierwszy raz widzimy Himalaje z okna samolotu, jeszcze chwila i sen się spełni.
W Kathmandu wita nas Rysiek i kolejna grupa wspinaczy naszej wyprawy, tym razem koledzy Jacek i Stefan, na stałe mieszkający w USA.
I tak zaczyna się pędzący korowód wrażeń i emocji, przepełnionych egzotyką i całkowicie nowymi doznaniami.... Kathmandu, Thamel, Durbar Square....nasz hotel, wspólne kolacje całej ekipy w niesamowitych restauracjach, fantastyczne śniadania w Pumperniklu na Thamelu....dwa dni mijają szybko, a my przecież jedziemy w Himalaje, rano na lotnisko. Tu kilka godzin czekania, mgły nad lotniskiem uniemożliwiają start, ale wreszcie wchodzimy do samolotu....samolotu, duże słowo, śmigłowe maleństwo mieszczące maksymalnie 15 osób, nawet nasz bagaż musiał podróżować bez nas....ale lecimy do Lukli.
Nagle okazuje się, że lotnisko, to po prostu pas startowy długości ok. 250 m, wycięty w zboczu góry, a płyta lotniska jest wielkości boiska do koszykówki... Kiedy lądowaliśmy, myślałem, że jak się uda, to już nic na tej wyprawie nam nie grozi....udało się.
Wreszcie góry, prawdziwe Himalaje zaczynają odkrywać swoje tajemnice, zaczynamy karawanę doliną Solo Khumbu, z Lukli (2600m npm) wyruszamy w kierunku Pakhding, my pieszo, a nasze bagaże na grzbietach jaków i na plecach tragarzy.
Pierwszy nocleg, lodge w Pakhding, później cały czas do góry, pokonując piękną, pełną egzotycznej zieleni dolinę, wiszące mosty, wodospady... aż do 3440 m npm - Namche Bazar, stolica Szerpów.
To niezwykle egzotyczne miasteczko, największe w dolinie, zaopatrywane jest we wszystko przez tragarzy, wnoszących wszelkie produkty i materiały na własnych barkach.
Miasteczko jest w kształcie półokręgu zawieszonego jakby w próżni nad doliną, centralnym miejscem jest bazar, gdzie swoje towary oferują Tybetańczycy.
Z Namche Bazar wyruszamy na aklimatyzacyjny wypad do Syangboche i Kjumjung, osiągając wysokość ok. 4000 m npm. Zaraz za Syangboche ukazuje nam się widok, który zatyka dech w piersiach, pierwszy raz widzimy Naszą Górę, zaraz obok Lhotse i Everest. Niesamowite, wszyscy fotografują jak w amoku, wierzyć się nie chce, że tu jesteśmy.
Kolejny dzień droga przez Tengboche, gdzie mijamy piękny buddyjski klasztor, do Pangboche. Tutaj ostatni nocleg przed bazą pod Ama Dablam. Jesteśmy na wysokości niecałych 4000 m, niestety dla mnie niemiła niespodzianka, właśnie tutaj zaczynam odczuwać wysokość, czuję się beznadziejnie, kompletnie bez sił, z bólem głowy, nudnościami i wielkimi obawami co będzie dalej, skoro tak nisko mnie "sieknęło". Poza tym kompletne zaskoczenie, przecież w Alpach tyle razy byłem wyżej i nie miałem takich objawów.
Rysiek uspokaja, znaczy się organizm zaczął się wcześniej aklimatyzować, za to później będzie lepiej i co najważniejsze nie można się poddawać, trzeba się ruszać, aby poprawić krążenie słabo dotlenionej krwi. Teoria sprawdza się w pełni, rano idąc do bazy z każdym krokiem czuję się lepiej.... i tak po niecałych trzech godzinach docieram do bazy pod Ama Dablam, na wysokości 4500 m npm, czując się znakomicie.
Moje marzenie zaczyna się realizować, w kolejnym dniu wyruszamy do obozu I-go na wysokości 5700 m, głównym celem jest aklimatyzacja i złożenie depozytu.
Pierwszy dzień w górze jest chyba najtrudniejszy, krok za krokiem do góry, a powietrze coraz rzadsze.... w końcu docieramy do celu, widoki piękne, wprost nie do opisania, gdzieś w dole maleńkie punkciki namiotów w bazie, aż się nie chce wierzyć, że jesteśmy tak wysoko.... już w pierwszym wyjściu biję swój rekord wysokości, a główne wrażenia dopiero przede mną.
Szybkie spojrzenie na drogę powyżej I-ki i kopułę szczytową Ama Dablam i szybko w dół do bazy. Docieramy o zmroku, zmęczeni, ale pełni optymizmu.
Po następnym dniu leniuchowania w bazie, w kolejnym wyjście do I-ki z zamiarem noclegu, wciąż zdobywając aklimatyzację.
Wychodzimy we czterech: Bogdan i ja oraz Jacek i Stefan, tym razem podejście jest dużo przyjemniejsze niż za pierwszym razem i co najważniejsze, dużo krótsze.
W I-ce gotujemy, jemy, pijemy, gotujemy.... i tak cały czas, noc mija bezproblemowo, no może z lekkim bólem głowy wieczorem, ale rano rześcy i w dobrych humorach schodzimy do bazy.
Mamy dwa dni "luzu", bo inne zespoły wyszły do góry, podejmujemy z Bogdanem decyzję, że wyruszymy na krótki trekking do Chukkung pod południową ścianą Lhotse, a przy okazji popatrzymy na Naszą Górę od północy.
Wycieczka jest udana, docieramy do Chukkung pod wieczór, po drodze podziwiamy ogrom południowej Lhotse, jest przepiękna, groźna i wspaniała zarazem. Podobnie północna ściana AmaDablam, z tej strony wygląda dużo groźniej. Jest 1-szy listopada, następnego dnia zapalamy świeczki pod tablicą upamiętniającą śmierć Polaków na południowej ścianie Lhotse i wracamy do bazy, w dniu następnym mamy ruszyć na ostateczny szturm na wierzchołek AmaDablam.
3-go listopada wychodzimy do góry, podobnie jak za pierwszym razem w dwóch dwójkach, gdzieś na 5500 m Jacek czuje się bardzo źle, ma koszmarny kaszel, wygląda na zapalenie oskrzeli lub coś podobnego, z oczu bije mu straszny żal, ale sami doradzamy mu zejście na dół, ta męczarnia nie ma dalej sensu a grozi sporym niebezpieczeństwem... zostajemy we trzech.
Noc mija bez przeszkód, co prawda Bogdan trochę źle się czuje, ale ruszamy do II-ki. Stefan wyruszył już godzinę wcześniej, plan jest taki, aby dotrzeć do dwójki, zostawić depozyt i wrócić na noc do I-ki.
Czuję, że dziś to "mój dzień", jest fantastycznie, mam wrażenie, że jakbym wziął dobry rozpęd to zatrzymałbym się na wierzchołku.....żegnam się z Bogdanem i pędzę do góry, teren dość łatwy, poza tym są poręczówki, po jakimś czasie dochodzę i mijam Stefana, wiem, że mam dobry czas, jeszcze tylko największe trudności skalne na tym odcinku, tzw. żółta ścianka, jeszcze parę metrów i jestem w II-ce 6000 m npm.
Mimo, że to dopiero II-ka, ogarnia mnie euforia, czuję się znakomicie, widoki wprost bajkowe, za chwilę widzę schodzącego ze szczytu Ryśka, macham do niego, on robi mi zdjęcia, ja jemu, za chwilę się spotykamy, chwila rozmowy i Rysiek pędzi na dół, jeszcze tego samego dnia zejdzie do bazy.
Za chwilę dochodzi Stefan, mówi że Bogdan zawrócił do I-ki z powodu złego samopoczucia, szkoda. Zgodnie z planem zaczynam schodzić do I-ki na noc, Stefan zostaje w II-ce, podejmuje taką decyzję sam, chce jutro rano iść do III-ki, ja wracam do I-ki.
Niestety Bogdan czuje się źle, mówi, że jak rano nie będzie lepiej, to schodzi do bazy. Noc mija dobrze, przynajmniej dla mnie, Bogdan niestety czuje się źle i tak jak obiecywał schodzi do bazy, a ja startuję do II-ki z zamiarem dojścia dzisiaj do III-ki.
Niestety dzisiejsza wspinaczka idzie mi gorzej niż wczoraj i zajmuje mi więcej czasu, docieram do II-ki, jest ok.14.00, decyduję się na nocleg w II-ce. Zabieram się za topienie lodu, gotuję, jem i cykam zdjęcia, widok z namiotu w obozie II-im jest niezwykły.
Łączę się przez radio z Ryśkiem w bazie, umawiamy się, że rano idę do III-ki, a w następnym dniu na szczyt. W tym czasie szczyt atakują dziewczyny (Anka z Baśką), a Stefan dochodzi do III-ki. Wczesnym wieczorem kładę się spać, nieświadom, że w górze trwa walka dziewczyn z Górą o zejście do III-ki, okazało się później, że dość późno były na szczycie i w drodze powrotnej mróz tak zmroził poręczówki, że nie były w stanie z nich korzystać, ale w końcu bezpiecznie dotarły do namiotów.
Rano pełen optymizmu gotowy jestem do wyjścia w górę, ale Rysiek przez radio powstrzymuje mnie, przekazując informację, że z II-ki idzie Adam, na którego mam poczekać i razem mamy ruszyć do III-ki, a Stefan z kolei ma czekać na nas i wspólnie mamy atakować szczyt w dniu następnym.
Adam dochodzi do II-ki w trybie ekspresowym, właściwie dobiega, chwila odpoczynku i ruszamy wspólnie do III-ki. Za chwilę w trudnościach powyżej II-ki spotykamy zjeżdżające w dół dziewczyny, wyglądają na zmęczone przeżyciami wczorajszego wieczoru, wymieniamy uwagi, życzenia i dalej my w górę, one w dół.
Wspinaczka jest coraz ciekawsza, po pokonaniu kilkudziesięciometrowej ściany skalno-lodowej, stajemy przed pionowym lodowym kuluarem, wygląda okazale, powoli pniemy się do góry, coraz trudniej się oddycha, ale przecież jesteśmy już powyżej 6000 m npm, jeszcze niekończąca się eksponowana grań śnieżna, jeden uskok, drugi uskok i jeszcze kolejny.... kiedy to się skończy?, wreszcie widzę namioty obozu III-go, nareszcie! , dobrze, że już dzisiaj nie trzeba wyżej. W nagrodę wspaniałe widoki z wysokości 6500 m oraz wraz z niezapomnianym zachodem słońca nad skąpaną w chmurach doliną. Niestety robi się przeraźliwie zimno, tak że nie mam sił na zmianę filmu w aparacie i kolejne zdjęcia.
Noc spędzamy we trzech w jednym namiocie, trochę ciasno, ale za to humory nam dopisują, wieje okrutnie....
Rano o 8.00 jesteśmy gotowi do wyjścia, zimno przeraźliwie i wieje w dalszym ciągu, ale nic to! powoli ruszamy do góry, najważniejsze, aby przejść pierwsze sto kilkadziesiąt metrów śnieżnej ściany, wyżej powinno być słońce i cieplej.
Mam trochę za ciasne skorupy i czuję, że zaczynam przemarzać, staram się poruszać palcami przy każdym kroku, kurczę...przecież nie mogę się odmrozić!
Powoli, powoli do góry, trochę cieplej, wreszcie wychodzimy na słońce, pokonujemy lodowy uskok seraka, wychodzimy na śnieżne pole, mijają długie minuty mozolnego posuwania małpy po poręczówce, dalej przechodzimy szczelinę lodową i wchodzimy do śnieżnej dość głębokiej rynny wyprowadzającej na szczyt.
Ciężko....za jakie grzechy? pyta sumienie...kolejne metry....Stefan i Adam zatrzymują się, coś kombinują ze sprzętem, rozcierają ręce, chcą się chwilę zagrzać, mówią, że zatrzymają się na kilka minut.
Idę dalej, cały czas myślę jak długo jeszcze? Mijam się ze schodzącym ze szczytu westmanem, słyszę "last rope", jest dobrze, ostatnia poręczówka.... jest! wypinam małpę, jeszcze kilka metrów i jestem na szczycie!!!
Jest 7 listopad godzina 13.30, coś ściska mnie za gardło, zrealizowałem swoje marzenie. Widok niesamowity, Everest i Lhotse na wyciągniecie ręki, pstrykam masę zdjęć....
Zimno koszmarnie i wieje okrutnie, siadam na plecaku i staram się osłonić od wiatru...czekam na chłopaków, 20 minut...są, szybki uścisk rąk, wspólne zdjęcia, kontakt radiowy z bazą....zimno robi się nie do wytrzymania, jestem już pół godziny na szczycie....starczy, schodzimy na dół, kilka metrów, wpinamy się w poręczówki i jedziemy na dół. Mam niezłe tempo i wrażenie, że moja ósemka rozgrzewa się do czerwoności.... po godzinie jestem w namiocie obozu III-go.
Różnica ogromna, wspinaczka w górę zajęła ponad 5-ęć godzin, zjazd w dół tylko godzinę.
Po 45 minutach docierają Adam i Stefan, dopiero teraz zaczynamy cieszyć się z sukcesu, dopiero teraz dociera do nas, że się udało.
Noc mija bez przeszkód, chociaż męczy mnie koszmarny kaszel, rano schodzimy w dół, po południu jesteśmy w I-ce, robimy sobie dłuższy odpoczynek i wyjadamy wszystko co nam wpadnie w ręce, bez znaczenia zupki, rybki, słodycze... robi się późno, a jeszcze dzisiaj musimy zejść do bazy, do tego jeszcze pogoda zaczyna się psuć, za chwilę zaczyna padać śnieg......wiemy, że płyty poniżej I-ki posypane śniegiem zamieniają się w lodowisko i czeka nas zjazd na....tyłku. Adam wychodzi pierwszy, ja ze Stefanem rozkoszujemy się jeszcze ciepłem I-ki i gorącym piciem, ale za chwilę też wychodzimy.
Tak jak przypuszczaliśmy, na płytach dosłownie zjeżdżamy na tyłkach, później mozolne schodzenie w dół, śnieg pada idziemy na "czuja", trochę schodzimy z drogi, nic nie widać, noc, mgła i śnieg....w końcu trafiamy na właściwą drogę, są ślady Adama! Za chwilę widzimy jego czołówkę w dole i jest dobrze, zresztą pogoda z każdą chwilą znów się poprawia.
Docieramy do bazy, czekają na nas uśmiechnięte twarze naszych kolegów i wspaniała kolacja przygotowana przez nepalskiego kucharza - Khalu.
Noc jest fantastyczna, czuję się wyśmienicie, na 4500 m zupełnie jak w domu, zasypiam przy muzyce z walkmana, zdając sobie sprawę, że zrealizowałem swoje marzenie...właśnie, jednocześnie czuję jakby pustkę, kilka ostatnich lat myślałem o tym aby tu przyjechać i wejść na tę górę, teraz myślę co może być następnym celem.... jeszcze kilkanaście godzin wcześniej nie chciałem nawet o tym myśleć, a teraz chodzą mi różne pomysły po głowie, może Pumori? Piękna góra i do tego przypomina mi najpiękniejszą górę świata , przynajmniej dla mnie - K2, a właśnie K2, nie na razie nawet nie ma co o tym marzyć.....
Następne dni z premedytacją spędzam na leniuchowaniu w bazie, część uczestników naszej wyprawy udała się na trekking do Gokyo i KalaPattar, w tym samym czasie jeszcze dwie osoby wchodzą na szczyt.
Wszyscy w komplecie spotykamy się dopiero w Namche Bazar... tutaj wreszcie jest czas i możliwości na w miarę uroczyste uczczenie naszego sukcesu, bo osiem osób na wierzchołku oraz udane trekkingi bez wątpienia są sukcesem. Dlatego wieczór w naszej lodge jest bardzo sympatyczny, spędzamy go w wspaniałej atmosferze przy odpowiednim wsparciu miejscowych jak i importowanych trunków.
Kolejny dzień to marsz do Lukli, wydaje się, że teraz to już tylko w dół, ale niestety od Pakhding czeka nas jeszcze mozolne podejście do Lukli, gdzie spędzamy noc. Rano po krótkim oczekiwaniu na samolot, kolejnej obawie czy 250 metrowy pas startowy nie okaże się za krótki, wracamy do Kathmandu.
Tym razem rzucamy się głównie na....jedzenie, zaczynamy od steaków w Everest Steak House, po prawie miesiącu bez mięsa mają smak nieprawdopodobny, później zakupy, zakupy, pamiątki, upominki dla rodzin i niestety, nasza przygoda się kończy. Kolejnego dnia rano "grupa warszawska" oraz koledzy z USA meldują się na lotniku, okazuje się, że przygoda trwa dalej.... oczywiście mamy nadbagaż, zatem jedyny sposób, aby przejść odprawę bagażową to kilkadziesiąt wizerunków prezydentów USA wręczonych we właściwe ręce... lecimy do Delhi. Tu niestety okazuje się, że jest za wcześnie aby nadać nasz bagaż do W-wy via Wiedeń, zatem musimy wyjść poza lotnisko, złożyć bagaż w przechowalni, potem udajemy się na miasto. Te parę godzin spędzonych w Delhi, najpierw w dzielnicy turystyczno-handlowej ze słynnym bazarem, później na zakończenie w pięknej wiktoriańskiej restauracji, zasługują na odrębną opowieść.....
Później jeszcze tylko nerwówka przy odprawie bagażu, okazało się, że mamy kilkadziesiąt kilo za dużo i musimy zapłacić ponad 700 USD dodatkowej opłaty. Oczywiście nie możemy pozwolić sobie na taki luksus, dwa razy przepakowujemy nasz bagaż, (czyt. wyrzucamy co się da) i wreszcie na 20 min. Przed odlotem samolotu zostajemy przepuszczeni bez żadnej opłaty.
Kilka godzin i jesteśmy w innym świecie, poranna kawa na lotnisku w Wiedniu przywraca nas w atmosferę cywilizowanego świata. Jeszcze godzinny lot małym samolotem i jesteśmy na Okęciu, gdzie za chwilę witamy się z naszymi rodzinami.
I tak nasza przygoda dobiega końca, miejmy nadzieję, że nie ostatnia tego typu i za jakiś czas spotkamy się na kolejnej wyprawie...
Tomasz Burzyński
RELACJA II (Wojtek Jankowski)
4 listopada 2003 roku o godz 12.25 stanąłem na szczycie Ama Dablam. Na wyciągnięcie dłoni widoczne były himalajskie giganty z Mt Everestem i Lhotse na czele, dziesiątki innych szczytów często nie obdarzonych żadną nazwą i morze chmur zakrywających dolinę, z której rozpoczęliśmy atak kilka dni wcześniej. Przez ponad godzinę wierzchołek i roztaczający się z niego widok był tylko mój...
Moja przygoda z Ama Dablam zaczęła się kilka miesięcy wcześniej. W marcu podjąłem decyzję, skontaktowałem się z Ryśkiem i rozpocząłem przygotowania polegające głównie na trenowaniu siły palców poprzez uderzanie w klawiaturę komputera i podnoszenie odporności zadka na wielogodzinne siedzenie za biurkiem. 19 października wyleciałem do Kathmandu by dołączyć do reszty grupy. Po krótkim trekkingu 24 października dotarłem do naszej bazy na wysokości 4600 mnpm. Wśród oferowanych w tym luksusowym obiekcie atrakcji wymienić należy: poranną kawę podawaną prosto do namiotu przez naszego kuchcika, pięciodaniowe popisy kulinarne Kalu - kucharza wyprawy, gorące ablucje w misce ustawianej w specjalnym namiocie i zgryźliwe zrzędzenie P.T. Kierownika Wyprawy na każdy temat ze szczególnym uwzględnieniem naszych możliwości fizycznych, szczegółów ubioru i szans osiągnięcia wymarzonego celu.
Kolejne dni to mozolne łapanie aklimatyzacji, początkowo na eksponowanej i zdradliwej drodze do stojącego 50m nad obozem przybytku z otworem w podłodze, później także na trasie do obozu I. 1 listopada rozpocząłem wraz z Edkiem i Gienkiem atak szczytowy (jak to dumnie brzmi). Od obozu I droga wiedzie wzdłuż skalnej grani, na której najtrudniejszym elementem jest 12 - 15 metrowa ścianka. Powyżej obozu II teren przechodzi w mix, a później w strome pola śnieżno - lodowe. Tuż za obozem II trzeba pokonać piękny 150 metrowy, bardzo stromy kuluar. Obóz III leży na eksponowanej platformie tuż pod (lecz nie bezpośrednio w linii ewentualnego ostrzału lodowymi pociskami) ogromnym serakiem. Droga na szczyt omija serak i mocno eksponowanym filarkiem wyprowadza na sam szczyt. Cała droga powyżej obozu I jest zabezpieczona linami poręczowymi. Dzięki temu wspinaczkę można uznać za względnie bezpieczną.
Dodatkowym ułatwieniem dla "Klientów" była pomoc tragarza wysokościowego, którego zadaniem było wyniesie namiotów i żarcia do wyższych obozów. Tempo w jakim poruszał się obciążony worem Sonam wzbudzało moją niekłamaną zazdrość i refleksję nad koniecznością zmiany metod treninkowych przed kolejną wyprawą.
Ponieważ wejście na szczyt nastąpiło wcześniej niż sceptycznie prorokował Napał widząc naszą mierną kondycję więc "wolne" 6 dni wykorzystałem na trekking do Doliny Dudh Khosi i powrót przez Cho La na trasę podejściową do bazy pod Mt Everestem. Obok widoku zachodu słońca z wierzchołka Gokyo Ri z trekkingu zapamiętam smak piwa czang z dna termosa, tańce poprzebieranych za demony mnichów w klasztorze Tengboche i dominujący nad okolicą widok Ama Dablam - szczytu na którym wszedłem, i z którego zszedłem!
Wojtek Jankowski
RELACJA III (Łucja Kalisz)
Jako jedyna kobieta na wyprawie przetrwałam z 17 mężczyznami.
Rzecz z pozoru niemożliwa stała się możliwa.
A było to tak:
Po wietrznej i kamienistej bazie pod Island Peak, baza pod Ama Dablam ukazuje się jako raj utracony - otoczona cyrkiem wspaniałych szczytów, trawiasta, równa i nasłoneczniona. Już pierwszego dnia psuję suwak w moim namiocie i od tej pory, zdana na łaskę członków wyprawy, każdego ranka prosząc o rozsunięcie zamka i wypuszczenie mnie na zewnątrz, udaję dzielną. Na szczęście Kalu i Lachczu są wirtuozami kuchni, a ich niebiańskie kilkudaniowe posiłki błogo rozleniwiają, choć oczywiście nie dodają ducha walki. Jako że Polacy stanowią niewiele ponad połowę składu wyprawy, biesiady w mesie zakrapiane Kukri rumem stają się prawdziwą Wieżą Babel, a angielski humor przyprawia nas o łzy śmiechu. Doprawdy ciężkie jest życie himalaisty!
Po kilu dniach w bazie zaczyna szaleć Wirus Gligor (na cześć macedońskiego doktora z Kanady, który przywlókł go do bazy). Kukri rum przestaje pomagać i kolejno łykamy antybiotyki. Niedobrze. Mimo to 5-go listopada na szczycie jako pierwsi stają nasi: Boguś Kaszycki i Marcin Oblicki, Bułą zwany. Co za radość! Kochane chłopaki!
Po tygodniu spędzonym w bazie wychodzę do jedynki. Czeka mnie mozolne 1200 metrów przewyższenia po żwirze, kamieniach, a na koniec po granitowych płytach. Antybiotyk zabrał połowę sił i idę zbyt wolno. Wreszcie zza grani wyłania się widowiskowo obóz pierwszy. Wooooow! Na szarej płytowej pochyłości kilkanaście kolorowych namiotów tak blisko i tak daleko przede mną...
Rano wyruszamy do trójki i nareszcie zaczyna się kawał prawdziwego wspinania! Narasta we mnie euforia, która znacznie opada, kiedy na trawersie pomiędzy dwójką i trójką postanawiam pójść na skróty - wpinam się w stanowisko, a ono wychodzi ze śniegu i zostaje mi w ręku! Patrzę w dół i zamieram w bezruchu. Niczym Batman nadchodzi za mną lider, a ja usłyszawszy kilka kąśliwych słów prawdy na swój temat ze spuszczoną głową ruszam dalej. Z niepokojem patrzę na zachodzące słońce. Robi się zimno, ciemno i straszno. W końcu dochodzę do pionowej ściany z niewielką przewieszką, która po ciemku wydaje mi się nie do przejścia i zaczynam nerwowo kląć pod nosem. Przed sobą widzę dwie czołówki i słyszę głos lidera: Lucy idziesz! Jeszcze 15 minut! A w obozie . czeka na mnie gorąca, pyszna, liofilizowana zupka. W nocy, pomstując w myślach, próbuję zasnąć, bo nachylenie stoku powoduje, że turlamy się w namiocie, oczywiście . na moją stronę.
A rano - wychylam się z oszronionego namiotu i zamieram z zachwytu. Obóz trzeci to najpiękniejsze miejsce widokowe świata! Niestety nie dany jest mi długotrwały zachwyt, czas iść do góry. Krok za krokiem, mozolnie, bo choroba i wysokość robią swoje, a stopnie wydeptane w śniegu są w karykaturalnie dużej odległości od siebie. Muszę wciągać się na jumarze i czuję, że już nie mam siły. Święty Judo Od Przypadków Beznadziejnych, nie dojdę!!
Boże, co za widok! Piękna Biała Dama okazała się dla mnie łaskawa. Jest 8 listopada, godz. 14.00, stoję na szczycie i chce mi się płakać. Słyszę okrzyk Chmiela i Ryśka: Ama jest nasza!!! Przychodzi mi do głowy pomysł, żeby się tu położyć i tak już zostać na zawsze. Jeszcze kilka fotek i karnie ruszam w dół. Znowu zaczyna wiać.
W nocy wieje potwornie. Gorączkuję, jest mi zimno i mam napady kaszlu, więc śpię okutana w śpiwór na siedząco, a delikatne, słodkie pochrapywanie lidera doprowadza mnie do furii. Żeby przetrwać noc wyobrażam sobie, że to tylko sen i za chwilę obudzę się w Toskanii, będzie ciepło i bezwietrznie. Rano sen okazuje się jawą i zaczynam mozolne zjazdy do jedynki. Wpinka - zjazd - trawers, wpinka - zjazd - trawers i tak bez końca. Święty Judo!!
Poganiana zrzędzeniem lidera docieram o zmierzchu do bazy. Jestem bardzo zmęczona, od pół dnia nie piję i na widok Lachczu, który wychodzi nam naprzeciw z termosem lemon tea rozklejam się zupełnie. 300 metrów od bazy siadamy z liderem na kamieniu i myślę, że tak właśnie wygląda niebo. A z daleka widzę chłopaków - wychodzą z mesy i zaraz wezmą mój plecak. Jak dobrze być kobietą!
Z wyprawy pamiętam poranne budzenie: delikatne dzwonki jaków, ogłuszający dźwięk łyżki uderzającej w kocioł i radosny okrzyk Lachczu: "Breeeeakfast!!!" Pamiętam zapach ziół palonych na odegnanie złych duchów, nasze wieczorne rozmowy i widok gór o zachodzie słońca. I myślę że już czas tam wracać.
Łucja Kalisz
RELACJA IV (Roman Szelągowski)
Kolejna wyprawa na Ama Dablam zorganizowana przez Ryszarda Pawłowskiego od poprzednich różniła się rolą, jaką, chcąc nie chcąc, wyznaczył sobie jej organizator. Po dramatycznych wydarzeniach, jakie rozegrały się miesiąc wcześniej w Tybecie poprowadził trwającą miesiąc czasu wyprawę. To była taka rekonwalescencja himalaisty, co to jak nie zabije to wzmocni.
Podróż do Lukli, skąd rozpoczęliśmy wędrówkę, odbyliśmy drogą lotniczą z Warszawy, przez Helsinki, Delhi i Katmandu. Ostatni lot dostarczył dreszczyku emocji bo pas, na którym lądował nasz samolot ma nie więcej niż 200 m długości, a urywa się nad przepaścią.
czytaj więcej w formacie pdf
Roman Szelągowski
cofnij strona główna
|

|