Jeżeli chcesz poznać prawdziwy "SMAK GÓR"
przeczytaj książkę
Ryszarda Pawłowskiego
Ama Dablam (6856 m. n. p. m.)
Ama Dablam, położona w sercu Doliny Khumbu jest bez wątpienia najpopularniejszym szczytem Nepalu. Już w Katmandu przyciąga uwagę na niezliczonej ilości plakatów i pocztówek, uwieczniony jest także na miejscowej walucie. Jego sylwetka wygląda szczególnie imponująco z Tengbocze - "stolicy" krainy Szerpów i miejsca gdzie znajduje się najsłynniejszy klasztor buddyjski Nepalu.
Dla Tybetańczyków i miejscowych Szerpów góra ta ma znaczenie mistyczne. Ama znaczy matka, Dablam to amulet, wizerunek boga noszony wokół szyi i ramion przez Lamów.
Ama Dablam znaczy zatem "klejnot matki".
Celem wyprawy jest wejście na szczyt Ama Dablam południowo wschodnim filarem, czyli najbardziej popularną drogą prowadzącą na wierzchołek.
Po dotarciu samolotem do Lukli, czeka nas jedno lub dwudniowy marsz do Namche Bazar położonej na wysokości 3440 m stolicy krainy Szerpów. Właściwe podejście zaczyna się w Pangboche, ostatniej zamieszkałej przez cały rok wioski w rejonie Khumbu. Pomiędzy bazą a szczytem zakładamy dwa obozy pośrednie, transportując niezbędny sprzęt, jednocześnie zdobywając aklimatyzację.
Sama wspinaczka na szczyt, początkowo w czystej, bezpiecznej granitowej skale, potem stromym odcinkami lodu i po śnieżnym ostrym filarze wyprowadzającym na wierzchołek jest niezapomnianym przeżyciem. Ze szczytu rozciąga się imponujący widok na okoliczne "olbrzymy": Mount Everest, Lhotse, Makalu i Cho Oyu.
Uwaga:
Góra jest trudna technicznie, długie odcinki prowadzą w skalnym, stromym terenie (miejscami do V+, VI). Wyprawa przeznaczona jest wyłącznie dla osób z doświadczeniem wspinaczkowym, posiadających umiejętność swobodnego poruszania się w skale i korzystania z lin poręczowych. Konieczne jest bardzo dobre przygotowanie kondycyjne.
Relacja V (Jarek Gawrysiak) Relacja z wyprawy PMA Ama Dablam Expedition 2008
Relacja VI (Mirosław Dedyk) Relacja z wyprawy Nepal 2009 nowość
RELACJA I (Tomasz Burzyński)
Ama Dablam....gdy ją ujrzałem kilka lat temu w albumie, nie wiedząc jeszcze, co to za góra, gdzie dokładnie się znajduje i jakie są możliwości wspinaczki, wiedziałem, że jeżeli kiedykolwiek uda mi się pojechać w Himalaje, będzie to pierwszy cel.
Później jak już wiedziałem o Ama Dablam dużo więcej, kiedy okazało się, że Rysiek Pawłowski organizuje tam cykliczne wyprawy, zrodził się w mojej głowie pomysł..... i tak dojrzewał kilka lat, aż do 2002 roku.
Decyzja została podjęta na początku roku "teraz albo nigdy!", kontakt z Ryśkiem (akurat na początku roku był na Makalu), znowu niecierpliwe czekanie, aż wreszcie na wiosnę...jest! telefon od Ryśka...tak, oczywiście, moje plany są poważne, wspinam się od dawna, do zobaczenia w W-wie....klamka zapadła.
Potem jeszcze tylko pełne obaw o przyszłość egzystencjalną, załatwianie kredytu umożliwiającego sfinansowanie marzenia, zakupy sprzętu i.... dzień za dniem coraz bliżej Tego Dnia.
A przygoda już się zaczęła, tak naprawdę od pierwszego spotkania z Ryśkiem, zaraz potem z Anką Czerwińska, niesamowite!, ludzie, o których kiedyś, blisko 10 lat temu, kiedy zaczynałem się wspinać, czytałem tylko w książkach, będą razem ze mną na tej samej wyprawie w Himalaje...
Wreszcie październik, Rysiek wylatuje do Kathmandu razem z jedną uczestniczką wyprawy dwa dni przed nami, żegnamy ich na lotnisku, odbieramy bilety na nasz samolot za dwa dni, jeszcze całe dwa dni czekania, dłużą się w nieskończoność...
Sobota 19 października, lecimy we czwórkę, najpierw do Wiednia, tam przesiadka na drugi samolot i długi lot do Delhi w Indiach, tu przerwa, koczowanie na lotnisku w oczekiwaniu na kolejny samolot do Kathmandu.
Kto przeżył tych kilkanaście godzin na lotnisku w Delhi, wie co to oznacza, przynajmniej za pierwszym razem, egzotyka zaczyna nas otaczać, ale nic to! sklep bezcłowy jest kilka metrów obok, jego asortyment koi nasze nerwy i obawy, zasypiamy smacznie na lotniskowych fotelach...
Rano lot do Nepalu, zaraz po starcie....tak! pierwszy raz widzimy Himalaje z okna samolotu, jeszcze chwila i sen się spełni.
W Kathmandu wita nas Rysiek i kolejna grupa wspinaczy naszej wyprawy, tym razem koledzy Jacek i Stefan, na stałe mieszkający w USA.
I tak zaczyna się pędzący korowód wrażeń i emocji, przepełnionych egzotyką i całkowicie nowymi doznaniami.... Kathmandu, Thamel, Durbar Square....nasz hotel, wspólne kolacje całej ekipy w niesamowitych restauracjach, fantastyczne śniadania w Pumperniklu na Thamelu....dwa dni mijają szybko, a my przecież jedziemy w Himalaje, rano na lotnisko. Tu kilka godzin czekania, mgły nad lotniskiem uniemożliwiają start, ale wreszcie wchodzimy do samolotu....samolotu, duże słowo, śmigłowe maleństwo mieszczące maksymalnie 15 osób, nawet nasz bagaż musiał podróżować bez nas....ale lecimy do Lukli.
Nagle okazuje się, że lotnisko, to po prostu pas startowy długości ok. 250 m, wycięty w zboczu góry, a płyta lotniska jest wielkości boiska do koszykówki... Kiedy lądowaliśmy, myślałem, że jak się uda, to już nic na tej wyprawie nam nie grozi....udało się.
Wreszcie góry, prawdziwe Himalaje zaczynają odkrywać swoje tajemnice, zaczynamy karawanę doliną Solo Khumbu, z Lukli (2600m npm) wyruszamy w kierunku Pakhding, my pieszo, a nasze bagaże na grzbietach jaków i na plecach tragarzy.
Pierwszy nocleg, lodge w Pakhding, później cały czas do góry, pokonując piękną, pełną egzotycznej zieleni dolinę, wiszące mosty, wodospady... aż do 3440 m npm - Namche Bazar, stolica Szerpów.
To niezwykle egzotyczne miasteczko, największe w dolinie, zaopatrywane jest we wszystko przez tragarzy, wnoszących wszelkie produkty i materiały na własnych barkach.
Miasteczko jest w kształcie półokręgu zawieszonego jakby w próżni nad doliną, centralnym miejscem jest bazar, gdzie swoje towary oferują Tybetańczycy.
Z Namche Bazar wyruszamy na aklimatyzacyjny wypad do Syangboche i Kjumjung, osiągając wysokość ok. 4000 m npm. Zaraz za Syangboche ukazuje nam się widok, który zatyka dech w piersiach, pierwszy raz widzimy Naszą Górę, zaraz obok Lhotse i Everest. Niesamowite, wszyscy fotografują jak w amoku, wierzyć się nie chce, że tu jesteśmy.
Kolejny dzień droga przez Tengboche, gdzie mijamy piękny buddyjski klasztor, do Pangboche. Tutaj ostatni nocleg przed bazą pod Ama Dablam. Jesteśmy na wysokości niecałych 4000 m, niestety dla mnie niemiła niespodzianka, właśnie tutaj zaczynam odczuwać wysokość, czuję się beznadziejnie, kompletnie bez sił, z bólem głowy, nudnościami i wielkimi obawami co będzie dalej, skoro tak nisko mnie "sieknęło". Poza tym kompletne zaskoczenie, przecież w Alpach tyle razy byłem wyżej i nie miałem takich objawów.
Rysiek uspokaja, znaczy się organizm zaczął się wcześniej aklimatyzować, za to później będzie lepiej i co najważniejsze nie można się poddawać, trzeba się ruszać, aby poprawić krążenie słabo dotlenionej krwi. Teoria sprawdza się w pełni, rano idąc do bazy z każdym krokiem czuję się lepiej.... i tak po niecałych trzech godzinach docieram do bazy pod Ama Dablam, na wysokości 4500 m npm, czując się znakomicie.
Moje marzenie zaczyna się realizować, w kolejnym dniu wyruszamy do obozu I-go na wysokości 5700 m, głównym celem jest aklimatyzacja i złożenie depozytu.
Pierwszy dzień w górze jest chyba najtrudniejszy, krok za krokiem do góry, a powietrze coraz rzadsze.... w końcu docieramy do celu, widoki piękne, wprost nie do opisania, gdzieś w dole maleńkie punkciki namiotów w bazie, aż się nie chce wierzyć, że jesteśmy tak wysoko.... już w pierwszym wyjściu biję swój rekord wysokości, a główne wrażenia dopiero przede mną.
Szybkie spojrzenie na drogę powyżej I-ki i kopułę szczytową Ama Dablam i szybko w dół do bazy. Docieramy o zmroku, zmęczeni, ale pełni optymizmu.
Po następnym dniu leniuchowania w bazie, w kolejnym wyjście do I-ki z zamiarem noclegu, wciąż zdobywając aklimatyzację.
Wychodzimy we czterech: Bogdan i ja oraz Jacek i Stefan, tym razem podejście jest dużo przyjemniejsze niż za pierwszym razem i co najważniejsze, dużo krótsze.
W I-ce gotujemy, jemy, pijemy, gotujemy.... i tak cały czas, noc mija bezproblemowo, no może z lekkim bólem głowy wieczorem, ale rano rześcy i w dobrych humorach schodzimy do bazy.
Mamy dwa dni "luzu", bo inne zespoły wyszły do góry, podejmujemy z Bogdanem decyzję, że wyruszymy na krótki trekking do Chukkung pod południową ścianą Lhotse, a przy okazji popatrzymy na Naszą Górę od północy.
Wycieczka jest udana, docieramy do Chukkung pod wieczór, po drodze podziwiamy ogrom południowej Lhotse, jest przepiękna, groźna i wspaniała zarazem. Podobnie północna ściana AmaDablam, z tej strony wygląda dużo groźniej. Jest 1-szy listopada, następnego dnia zapalamy świeczki pod tablicą upamiętniającą śmierć Polaków na południowej ścianie Lhotse i wracamy do bazy, w dniu następnym mamy ruszyć na ostateczny szturm na wierzchołek AmaDablam.
3-go listopada wychodzimy do góry, podobnie jak za pierwszym razem w dwóch dwójkach, gdzieś na 5500 m Jacek czuje się bardzo źle, ma koszmarny kaszel, wygląda na zapalenie oskrzeli lub coś podobnego, z oczu bije mu straszny żal, ale sami doradzamy mu zejście na dół, ta męczarnia nie ma dalej sensu a grozi sporym niebezpieczeństwem... zostajemy we trzech.
Noc mija bez przeszkód, co prawda Bogdan trochę źle się czuje, ale ruszamy do II-ki. Stefan wyruszył już godzinę wcześniej, plan jest taki, aby dotrzeć do dwójki, zostawić depozyt i wrócić na noc do I-ki.
Czuję, że dziś to "mój dzień", jest fantastycznie, mam wrażenie, że jakbym wziął dobry rozpęd to zatrzymałbym się na wierzchołku.....żegnam się z Bogdanem i pędzę do góry, teren dość łatwy, poza tym są poręczówki, po jakimś czasie dochodzę i mijam Stefana, wiem, że mam dobry czas, jeszcze tylko największe trudności skalne na tym odcinku, tzw. żółta ścianka, jeszcze parę metrów i jestem w II-ce 6000 m npm.
Mimo, że to dopiero II-ka, ogarnia mnie euforia, czuję się znakomicie, widoki wprost bajkowe, za chwilę widzę schodzącego ze szczytu Ryśka, macham do niego, on robi mi zdjęcia, ja jemu, za chwilę się spotykamy, chwila rozmowy i Rysiek pędzi na dół, jeszcze tego samego dnia zejdzie do bazy.
Za chwilę dochodzi Stefan, mówi że Bogdan zawrócił do I-ki z powodu złego samopoczucia, szkoda. Zgodnie z planem zaczynam schodzić do I-ki na noc, Stefan zostaje w II-ce, podejmuje taką decyzję sam, chce jutro rano iść do III-ki, ja wracam do I-ki.
Niestety Bogdan czuje się źle, mówi, że jak rano nie będzie lepiej, to schodzi do bazy. Noc mija dobrze, przynajmniej dla mnie, Bogdan niestety czuje się źle i tak jak obiecywał schodzi do bazy, a ja startuję do II-ki z zamiarem dojścia dzisiaj do III-ki.
Niestety dzisiejsza wspinaczka idzie mi gorzej niż wczoraj i zajmuje mi więcej czasu, docieram do II-ki, jest ok.14.00, decyduję się na nocleg w II-ce. Zabieram się za topienie lodu, gotuję, jem i cykam zdjęcia, widok z namiotu w obozie II-im jest niezwykły.
Łączę się przez radio z Ryśkiem w bazie, umawiamy się, że rano idę do III-ki, a w następnym dniu na szczyt. W tym czasie szczyt atakują dziewczyny (Anka z Baśką), a Stefan dochodzi do III-ki. Wczesnym wieczorem kładę się spać, nieświadom, że w górze trwa walka dziewczyn z Górą o zejście do III-ki, okazało się później, że dość późno były na szczycie i w drodze powrotnej mróz tak zmroził poręczówki, że nie były w stanie z nich korzystać, ale w końcu bezpiecznie dotarły do namiotów.
Rano pełen optymizmu gotowy jestem do wyjścia w górę, ale Rysiek przez radio powstrzymuje mnie, przekazując informację, że z II-ki idzie Adam, na którego mam poczekać i razem mamy ruszyć do III-ki, a Stefan z kolei ma czekać na nas i wspólnie mamy atakować szczyt w dniu następnym.
Adam dochodzi do II-ki w trybie ekspresowym, właściwie dobiega, chwila odpoczynku i ruszamy wspólnie do III-ki. Za chwilę w trudnościach powyżej II-ki spotykamy zjeżdżające w dół dziewczyny, wyglądają na zmęczone przeżyciami wczorajszego wieczoru, wymieniamy uwagi, życzenia i dalej my w górę, one w dół.
Wspinaczka jest coraz ciekawsza, po pokonaniu kilkudziesięciometrowej ściany skalno-lodowej, stajemy przed pionowym lodowym kuluarem, wygląda okazale, powoli pniemy się do góry, coraz trudniej się oddycha, ale przecież jesteśmy już powyżej 6000 m npm, jeszcze niekończąca się eksponowana grań śnieżna, jeden uskok, drugi uskok i jeszcze kolejny.... kiedy to się skończy?, wreszcie widzę namioty obozu III-go, nareszcie! , dobrze, że już dzisiaj nie trzeba wyżej. W nagrodę wspaniałe widoki z wysokości 6500 m oraz wraz z niezapomnianym zachodem słońca nad skąpaną w chmurach doliną. Niestety robi się przeraźliwie zimno, tak że nie mam sił na zmianę filmu w aparacie i kolejne zdjęcia.
Noc spędzamy we trzech w jednym namiocie, trochę ciasno, ale za to humory nam dopisują, wieje okrutnie....
Rano o 8.00 jesteśmy gotowi do wyjścia, zimno przeraźliwie i wieje w dalszym ciągu, ale nic to! powoli ruszamy do góry, najważniejsze, aby przejść pierwsze sto kilkadziesiąt metrów śnieżnej ściany, wyżej powinno być słońce i cieplej.
Mam trochę za ciasne skorupy i czuję, że zaczynam przemarzać, staram się poruszać palcami przy każdym kroku, kurczę...przecież nie mogę się odmrozić!
Powoli, powoli do góry, trochę cieplej, wreszcie wychodzimy na słońce, pokonujemy lodowy uskok seraka, wychodzimy na śnieżne pole, mijają długie minuty mozolnego posuwania małpy po poręczówce, dalej przechodzimy szczelinę lodową i wchodzimy do śnieżnej dość głębokiej rynny wyprowadzającej na szczyt.
Ciężko....za jakie grzechy? pyta sumienie...kolejne metry....Stefan i Adam zatrzymują się, coś kombinują ze sprzętem, rozcierają ręce, chcą się chwilę zagrzać, mówią, że zatrzymają się na kilka minut.
Idę dalej, cały czas myślę jak długo jeszcze? Mijam się ze schodzącym ze szczytu westmanem, słyszę "last rope", jest dobrze, ostatnia poręczówka.... jest! wypinam małpę, jeszcze kilka metrów i jestem na szczycie!!!
Jest 7 listopad godzina 13.30, coś ściska mnie za gardło, zrealizowałem swoje marzenie. Widok niesamowity, Everest i Lhotse na wyciągniecie ręki, pstrykam masę zdjęć....
Zimno koszmarnie i wieje okrutnie, siadam na plecaku i staram się osłonić od wiatru...czekam na chłopaków, 20 minut...są, szybki uścisk rąk, wspólne zdjęcia, kontakt radiowy z bazą....zimno robi się nie do wytrzymania, jestem już pół godziny na szczycie....starczy, schodzimy na dół, kilka metrów, wpinamy się w poręczówki i jedziemy na dół. Mam niezłe tempo i wrażenie, że moja ósemka rozgrzewa się do czerwoności.... po godzinie jestem w namiocie obozu III-go.
Różnica ogromna, wspinaczka w górę zajęła ponad 5-ęć godzin, zjazd w dół tylko godzinę.
Po 45 minutach docierają Adam i Stefan, dopiero teraz zaczynamy cieszyć się z sukcesu, dopiero teraz dociera do nas, że się udało.
Noc mija bez przeszkód, chociaż męczy mnie koszmarny kaszel, rano schodzimy w dół, po południu jesteśmy w I-ce, robimy sobie dłuższy odpoczynek i wyjadamy wszystko co nam wpadnie w ręce, bez znaczenia zupki, rybki, słodycze... robi się późno, a jeszcze dzisiaj musimy zejść do bazy, do tego jeszcze pogoda zaczyna się psuć, za chwilę zaczyna padać śnieg......wiemy, że płyty poniżej I-ki posypane śniegiem zamieniają się w lodowisko i czeka nas zjazd na....tyłku. Adam wychodzi pierwszy, ja ze Stefanem rozkoszujemy się jeszcze ciepłem I-ki i gorącym piciem, ale za chwilę też wychodzimy.
Tak jak przypuszczaliśmy, na płytach dosłownie zjeżdżamy na tyłkach, później mozolne schodzenie w dół, śnieg pada idziemy na "czuja", trochę schodzimy z drogi, nic nie widać, noc, mgła i śnieg....w końcu trafiamy na właściwą drogę, są ślady Adama! Za chwilę widzimy jego czołówkę w dole i jest dobrze, zresztą pogoda z każdą chwilą znów się poprawia.
Docieramy do bazy, czekają na nas uśmiechnięte twarze naszych kolegów i wspaniała kolacja przygotowana przez nepalskiego kucharza - Khalu.
Noc jest fantastyczna, czuję się wyśmienicie, na 4500 m zupełnie jak w domu, zasypiam przy muzyce z walkmana, zdając sobie sprawę, że zrealizowałem swoje marzenie...właśnie, jednocześnie czuję jakby pustkę, kilka ostatnich lat myślałem o tym aby tu przyjechać i wejść na tę górę, teraz myślę co może być następnym celem.... jeszcze kilkanaście godzin wcześniej nie chciałem nawet o tym myśleć, a teraz chodzą mi różne pomysły po głowie, może Pumori? Piękna góra i do tego przypomina mi najpiękniejszą górę świata , przynajmniej dla mnie - K2, a właśnie K2, nie na razie nawet nie ma co o tym marzyć.....
Następne dni z premedytacją spędzam na leniuchowaniu w bazie, część uczestników naszej wyprawy udała się na trekking do Gokyo i KalaPattar, w tym samym czasie jeszcze dwie osoby wchodzą na szczyt.
Wszyscy w komplecie spotykamy się dopiero w Namche Bazar... tutaj wreszcie jest czas i możliwości na w miarę uroczyste uczczenie naszego sukcesu, bo osiem osób na wierzchołku oraz udane trekkingi bez wątpienia są sukcesem. Dlatego wieczór w naszej lodge jest bardzo sympatyczny, spędzamy go w wspaniałej atmosferze przy odpowiednim wsparciu miejscowych jak i importowanych trunków.
Kolejny dzień to marsz do Lukli, wydaje się, że teraz to już tylko w dół, ale niestety od Pakhding czeka nas jeszcze mozolne podejście do Lukli, gdzie spędzamy noc. Rano po krótkim oczekiwaniu na samolot, kolejnej obawie czy 250 metrowy pas startowy nie okaże się za krótki, wracamy do Kathmandu.
Tym razem rzucamy się głównie na....jedzenie, zaczynamy od steaków w Everest Steak House, po prawie miesiącu bez mięsa mają smak nieprawdopodobny, później zakupy, zakupy, pamiątki, upominki dla rodzin i niestety, nasza przygoda się kończy. Kolejnego dnia rano "grupa warszawska" oraz koledzy z USA meldują się na lotniku, okazuje się, że przygoda trwa dalej.... oczywiście mamy nadbagaż, zatem jedyny sposób, aby przejść odprawę bagażową to kilkadziesiąt wizerunków prezydentów USA wręczonych we właściwe ręce... lecimy do Delhi. Tu niestety okazuje się, że jest za wcześnie aby nadać nasz bagaż do W-wy via Wiedeń, zatem musimy wyjść poza lotnisko, złożyć bagaż w przechowalni, potem udajemy się na miasto. Te parę godzin spędzonych w Delhi, najpierw w dzielnicy turystyczno-handlowej ze słynnym bazarem, później na zakończenie w pięknej wiktoriańskiej restauracji, zasługują na odrębną opowieść.....
Później jeszcze tylko nerwówka przy odprawie bagażu, okazało się, że mamy kilkadziesiąt kilo za dużo i musimy zapłacić ponad 700 USD dodatkowej opłaty. Oczywiście nie możemy pozwolić sobie na taki luksus, dwa razy przepakowujemy nasz bagaż, (czyt. wyrzucamy co się da) i wreszcie na 20 min. Przed odlotem samolotu zostajemy przepuszczeni bez żadnej opłaty.
Kilka godzin i jesteśmy w innym świecie, poranna kawa na lotnisku w Wiedniu przywraca nas w atmosferę cywilizowanego świata. Jeszcze godzinny lot małym samolotem i jesteśmy na Okęciu, gdzie za chwilę witamy się z naszymi rodzinami.
I tak nasza przygoda dobiega końca, miejmy nadzieję, że nie ostatnia tego typu i za jakiś czas spotkamy się na kolejnej wyprawie...
Tomasz Burzyński
RELACJA II (Wojtek Jankowski)
4 listopada 2003 roku o godz 12.25 stanąłem na szczycie Ama Dablam. Na wyciągnięcie dłoni widoczne były himalajskie giganty z Mt Everestem i Lhotse na czele, dziesiątki innych szczytów często nie obdarzonych żadną nazwą i morze chmur zakrywających dolinę, z której rozpoczęliśmy atak kilka dni wcześniej. Przez ponad godzinę wierzchołek i roztaczający się z niego widok był tylko mój...
Moja przygoda z Ama Dablam zaczęła się kilka miesięcy wcześniej. W marcu podjąłem decyzję, skontaktowałem się z Ryśkiem i rozpocząłem przygotowania polegające głównie na trenowaniu siły palców poprzez uderzanie w klawiaturę komputera i podnoszenie odporności zadka na wielogodzinne siedzenie za biurkiem. 19 października wyleciałem do Kathmandu by dołączyć do reszty grupy. Po krótkim trekkingu 24 października dotarłem do naszej bazy na wysokości 4600 mnpm. Wśród oferowanych w tym luksusowym obiekcie atrakcji wymienić należy: poranną kawę podawaną prosto do namiotu przez naszego kuchcika, pięciodaniowe popisy kulinarne Kalu - kucharza wyprawy, gorące ablucje w misce ustawianej w specjalnym namiocie i zgryźliwe zrzędzenie P.T. Kierownika Wyprawy na każdy temat ze szczególnym uwzględnieniem naszych możliwości fizycznych, szczegółów ubioru i szans osiągnięcia wymarzonego celu.
Kolejne dni to mozolne łapanie aklimatyzacji, początkowo na eksponowanej i zdradliwej drodze do stojącego 50m nad obozem przybytku z otworem w podłodze, później także na trasie do obozu I. 1 listopada rozpocząłem wraz z Edkiem i Gienkiem atak szczytowy (jak to dumnie brzmi). Od obozu I droga wiedzie wzdłuż skalnej grani, na której najtrudniejszym elementem jest 12 - 15 metrowa ścianka. Powyżej obozu II teren przechodzi w mix, a później w strome pola śnieżno - lodowe. Tuż za obozem II trzeba pokonać piękny 150 metrowy, bardzo stromy kuluar. Obóz III leży na eksponowanej platformie tuż pod (lecz nie bezpośrednio w linii ewentualnego ostrzału lodowymi pociskami) ogromnym serakiem. Droga na szczyt omija serak i mocno eksponowanym filarkiem wyprowadza na sam szczyt. Cała droga powyżej obozu I jest zabezpieczona linami poręczowymi. Dzięki temu wspinaczkę można uznać za względnie bezpieczną.
Dodatkowym ułatwieniem dla "Klientów" była pomoc tragarza wysokościowego, którego zadaniem było wyniesie namiotów i żarcia do wyższych obozów. Tempo w jakim poruszał się obciążony worem Sonam wzbudzało moją niekłamaną zazdrość i refleksję nad koniecznością zmiany metod treninkowych przed kolejną wyprawą.
Ponieważ wejście na szczyt nastąpiło wcześniej niż sceptycznie prorokował Napał widząc naszą mierną kondycję więc "wolne" 6 dni wykorzystałem na trekking do Doliny Dudh Khosi i powrót przez Cho La na trasę podejściową do bazy pod Mt Everestem. Obok widoku zachodu słońca z wierzchołka Gokyo Ri z trekkingu zapamiętam smak piwa czang z dna termosa, tańce poprzebieranych za demony mnichów w klasztorze Tengboche i dominujący nad okolicą widok Ama Dablam - szczytu na którym wszedłem, i z którego zszedłem!
Wojtek Jankowski
RELACJA III (Łucja Kalisz)
Jako jedyna kobieta na wyprawie przetrwałam z 17 mężczyznami.
Rzecz z pozoru niemożliwa stała się możliwa.
A było to tak:
Po wietrznej i kamienistej bazie pod Island Peak, baza pod Ama Dablam ukazuje się jako raj utracony - otoczona cyrkiem wspaniałych szczytów, trawiasta, równa i nasłoneczniona. Już pierwszego dnia psuję suwak w moim namiocie i od tej pory, zdana na łaskę członków wyprawy, każdego ranka prosząc o rozsunięcie zamka i wypuszczenie mnie na zewnątrz, udaję dzielną. Na szczęście Kalu i Lachczu są wirtuozami kuchni, a ich niebiańskie kilkudaniowe posiłki błogo rozleniwiają, choć oczywiście nie dodają ducha walki. Jako że Polacy stanowią niewiele ponad połowę składu wyprawy, biesiady w mesie zakrapiane Kukri rumem stają się prawdziwą Wieżą Babel, a angielski humor przyprawia nas o łzy śmiechu. Doprawdy ciężkie jest życie himalaisty!
Po kilu dniach w bazie zaczyna szaleć Wirus Gligor (na cześć macedońskiego doktora z Kanady, który przywlókł go do bazy). Kukri rum przestaje pomagać i kolejno łykamy antybiotyki. Niedobrze. Mimo to 5-go listopada na szczycie jako pierwsi stają nasi: Boguś Kaszycki i Marcin Oblicki, Bułą zwany. Co za radość! Kochane chłopaki!
Po tygodniu spędzonym w bazie wychodzę do jedynki. Czeka mnie mozolne 1200 metrów przewyższenia po żwirze, kamieniach, a na koniec po granitowych płytach. Antybiotyk zabrał połowę sił i idę zbyt wolno. Wreszcie zza grani wyłania się widowiskowo obóz pierwszy. Wooooow! Na szarej płytowej pochyłości kilkanaście kolorowych namiotów tak blisko i tak daleko przede mną...
Rano wyruszamy do trójki i nareszcie zaczyna się kawał prawdziwego wspinania! Narasta we mnie euforia, która znacznie opada, kiedy na trawersie pomiędzy dwójką i trójką postanawiam pójść na skróty - wpinam się w stanowisko, a ono wychodzi ze śniegu i zostaje mi w ręku! Patrzę w dół i zamieram w bezruchu. Niczym Batman nadchodzi za mną lider, a ja usłyszawszy kilka kąśliwych słów prawdy na swój temat ze spuszczoną głową ruszam dalej. Z niepokojem patrzę na zachodzące słońce. Robi się zimno, ciemno i straszno. W końcu dochodzę do pionowej ściany z niewielką przewieszką, która po ciemku wydaje mi się nie do przejścia i zaczynam nerwowo kląć pod nosem. Przed sobą widzę dwie czołówki i słyszę głos lidera: Lucy idziesz! Jeszcze 15 minut! A w obozie . czeka na mnie gorąca, pyszna, liofilizowana zupka. W nocy, pomstując w myślach, próbuję zasnąć, bo nachylenie stoku powoduje, że turlamy się w namiocie, oczywiście . na moją stronę.
A rano - wychylam się z oszronionego namiotu i zamieram z zachwytu. Obóz trzeci to najpiękniejsze miejsce widokowe świata! Niestety nie dany jest mi długotrwały zachwyt, czas iść do góry. Krok za krokiem, mozolnie, bo choroba i wysokość robią swoje, a stopnie wydeptane w śniegu są w karykaturalnie dużej odległości od siebie. Muszę wciągać się na jumarze i czuję, że już nie mam siły. Święty Judo Od Przypadków Beznadziejnych, nie dojdę!!
Boże, co za widok! Piękna Biała Dama okazała się dla mnie łaskawa. Jest 8 listopada, godz. 14.00, stoję na szczycie i chce mi się płakać. Słyszę okrzyk Chmiela i Ryśka: Ama jest nasza!!! Przychodzi mi do głowy pomysł, żeby się tu położyć i tak już zostać na zawsze. Jeszcze kilka fotek i karnie ruszam w dół. Znowu zaczyna wiać.
W nocy wieje potwornie. Gorączkuję, jest mi zimno i mam napady kaszlu, więc śpię okutana w śpiwór na siedząco, a delikatne, słodkie pochrapywanie lidera doprowadza mnie do furii. Żeby przetrwać noc wyobrażam sobie, że to tylko sen i za chwilę obudzę się w Toskanii, będzie ciepło i bezwietrznie. Rano sen okazuje się jawą i zaczynam mozolne zjazdy do jedynki. Wpinka - zjazd - trawers, wpinka - zjazd - trawers i tak bez końca. Święty Judo!!
Poganiana zrzędzeniem lidera docieram o zmierzchu do bazy. Jestem bardzo zmęczona, od pół dnia nie piję i na widok Lachczu, który wychodzi nam naprzeciw z termosem lemon tea rozklejam się zupełnie. 300 metrów od bazy siadamy z liderem na kamieniu i myślę, że tak właśnie wygląda niebo. A z daleka widzę chłopaków - wychodzą z mesy i zaraz wezmą mój plecak. Jak dobrze być kobietą!
Z wyprawy pamiętam poranne budzenie: delikatne dzwonki jaków, ogłuszający dźwięk łyżki uderzającej w kocioł i radosny okrzyk Lachczu: "Breeeeakfast!!!" Pamiętam zapach ziół palonych na odegnanie złych duchów, nasze wieczorne rozmowy i widok gór o zachodzie słońca. I myślę że już czas tam wracać.
Łucja Kalisz
RELACJA IV (Roman Szelągowski)
Kolejna wyprawa na Ama Dablam zorganizowana przez Ryszarda Pawłowskiego od poprzednich różniła się rolą, jaką, chcąc nie chcąc, wyznaczył sobie jej organizator. Po dramatycznych wydarzeniach, jakie rozegrały się miesiąc wcześniej w Tybecie poprowadził trwającą miesiąc czasu wyprawę. To była taka rekonwalescencja himalaisty, co to jak nie zabije to wzmocni.
Podróż do Lukli, skąd rozpoczęliśmy wędrówkę, odbyliśmy drogą lotniczą z Warszawy, przez Helsinki, Delhi i Katmandu. Ostatni lot dostarczył dreszczyku emocji bo pas, na którym lądował nasz samolot ma nie więcej niż 200 m długości, a urywa się nad przepaścią.
Tym razem Góra była łaskawa, a może to my byliśmy rozważni. Trudno rozsądzić, ale jesienna wyprawa na Ama Dablam (6 856 m.n.p.m.) zakończyła się pełnym sukcesem Polskiej ekspedycji pod dowództwem Ryszarda Pawłowskiego. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia lub po prostu nie mieli Lidera , takiego prawdziwego, przez duże "L".
Ama Dablam widziane z Pangboche.
Już w Base Campie dowiadujemy się o pierwszej tegorocznej ofierze. Z grani w okolicy obozu drugiego "wysypał się" francuski wspinacz. Uczestnicy tej ekspedycji są zdruzgotani, przecież to był doświadczony alpinista a pogoda była idealna. Jego ciało, odnalezione u podstawy ściany, towarzyszyło nam w obozie przez kilka kolejnych dni i co niemiłe, leżało 30 m od naszego namiotu, ostrzegając i testując naszą psychikę ... no cóż, podobno co nas nie zabije to nas wzmocni. Choć mojej Ani o mało nie zabiło, wszyscy chłopcy w górze przez 5 dni, Ona sama w obozie a po sąsiedzku leży sobie kolega Francuz, leży i ostrzega.
Dowodów na to, że żarty się skończyły mieliśmy aż nadto. Podczas trekkingu aklimatyzacyjnego na Island Peak (6189 m.n.p.m.), dochodząc do Base Campu dowiedzieliśmy się od napotkanych Polaków, że uczestnik sportowej wyprawy na Cholatse (6440 m.n.p.m.) z Warszawskiego UKA w wyniku powikłań po przeziębieniu nabawił się galopującego obrzęku płuc i gdyby nie natychmiastowa całonocna ewakuacja i niezwłoczny transport helikopterem przygoda mogła skończyć się tragicznie.
W Bazie pod Island Peak po trzech dniach walki i fatalnego samopoczucia, wysokość zmogła jednego z uczestników naszej wyprawy. Marcin był trekkersem, którego celem był Island Peak, nasz szczyt aklimatyzacyjny, ale jego złe samopoczucie skłoniło Lidera do odesłania go w dół jeszcze przed startem na szczyt. O słuszność tej decyzji przekonaliśmy się po kilku dniach, kiedy przenosząc się spod Island Peak do bazy pod Ama Dablam otrzymaliśmy informację, iż kolega nasz odleciał helikopterem do Katmandu z rozpoznanym obrzękiem płuc. Kolejny raz Lider potwierdził wielkość swojego "L", co dawało naszej wyprawie dobre rokowania. Może i tym razem nie popsujemy mu statystyki.
Lider z żoną Magdą.
Po 10 dniach aklimatyzacji docieramy do bazy naszego celu głównego, Ama Dablam. Następnego dnia przy pięknej pogodzie odbywamy spacerek do obozu pierwszego, gdzie spędzamy noc i pozostawiamy depozyt. Droga do jedynki jest wyjątkowo nużąca ze względu na dużą odległość i różnicę wysokości około 1200 metrów, którą zdobywa się przemierzając kilka olbrzymich moren i zachodząc główny wierzchołek z prawej strony wielkim łukiem. Po przejściu opisanych moren, które oprócz pięknych widoków wokoło nie oferują niczego, o czym można by powiedzieć choć jedno dobre słowo, wchodzi się w obszar piargów, których rozmiary rosną od telewizorpodobnych kamyczków do kamolotów wielkości ciężarówki. Pokonanie tego terenu z 20 kilogramowym plecakiem jest niezwykle uciążliwym treningiem kondycyjnym, a jak już sobie poćwiczymy, wkraczamy na gładkie płyty, które wyprowadzają wprost na obóz.
Po powrocie do Bazy i jednodniowym reście startujemy. Jest nas czterech. Macin, Leszek i Autor, trzech 35-latków pełnych zapału i nie koniecznie rozsądku oraz Jurek, kolega starszy, doświadczany bojem na wyprawach na Cho Oyu i Gasherbrum II a przez to pełen rozwagi i spokoju. To cechy bardzo potrzebne naszemu zespołowi. Dzień pierwszy to znana już przechadzka do jedynki na 5700 m.n.p.m.
Świat między obozem pierwszym i drugim.
Po noclegu w jedynce rozpoczynamy prawdziwe wspinanie. Kolejne dwa obozy dzieli podobna odległość około 300 metrów różnicy wysokości a teren staje gwałtownie dęba i nie odpuszcza aż do minięcia seraka na 6400 m.n.p.m. Wspinaczka w tym rejonie to seria kominów i ścianek przedzielonych odcinkami ośnieżonych grani momentami bardzo wąskich i doskonale przewietrzonych, których przebycie bez lin poręczowych nastręczałoby niewątpliwie wiele problemów. Wspomniany Francuz postradał życie właśnie w okolicy obozu drugiego a 1000 metrów niżej widać ślady ekipy poszukiwawczej, która transportowała ciało z podnóża ściany do Bazy.
Kolejny dzień to wspinaczka do obozu drugiego. Tu pojawiają się nasze pierwsze wątpliwości dotyczące rozmiaru "L" naszego Lidera. Wraz z mijającym dniem, nasze wiara w prawdomówność Szefa maleje. Mówił dwie, trzy godzinki miedzy jedynką a dwójką, a tu mija czwarta i piąta a obozu nie ma. W kolejnych sesjach łączności Rysiek potwierdza nam, że to już chwilka, 40 minut, może godzina a obozu nie widać. Już podczas poprzednich wejść mogliśmy się przekonać, że godzinka Lidera trwa w naszym przypadku conajmniej 2 razy dłużej i, że w zasadzie nie da się utrzymać jego tempa, ale żeby taka ściema. Wspinanie w nieomal pionowym terenie z naszym skromnym doświadczeniem zajmuje nam niezwykle dużo czasu i do dwójki docieramy późnym popołudniem. Trudności skalne, stopniowo zamieniają się w lodowe i z mixtu w okolicach obozu drugiego przechodzą we w pełni zimowe warunki. Znając z opisów i zdjęć lokalizację obozu drugiego zwanego orlim gniazdem i wiedząc o skromnej ilości miejsca pod namioty, jesteśmy pełni podziwu dla naszego Szerpy Sonama, że załatwił nam miejscówki pod 2 namioty i oprócz nas nie ma tam w zasadzie nikogo. Wieczorem kolejne sesje łączności, w których dowiadujemy się o śmierci drugiego wspinacza, tym razem Azjaty (wersje są różne: Chiński Amerykanin lub Amerykański Chińczyk, to zresztą nie ma już znaczenia, gdyż jest tak samo martwy jak nasz Francuski kolega). Z faktów ustalonych po zejściu najpewniejszą metodą kuchenno-obozową (Nepalscy kucharze wszystkich wypraw przekazują sobie ciekawe informacje lotem błyskawicy) dowiedzieliśmy się, że w obydwu przypadkach musiał mieć miejsce jakiś fatalny zbieg okoliczności połączony z błędem ludzkim, gdyż pod żadnym z nich nie urwała się poręczówka, nie zeszła lawina, pogoda była fantastyczna a oni po prostu spadli.
Dzień kolejny w drodze do obozu trzeciego spędziliśmy praktycznie w lodzie i śniegu, walcząc z nagą, gładką skałą jedynie w pionowych odcinkach, które jak na złość musieliśmy trawersować, co w połączeniu z 1000 metrową lufą pod nogami zwiększało wydatnie atrakcyjność miejsca i chwili. Tak z zapowiadanych kolejnych trzech godzin wspinania zrobiło się sześć, ale z tym już się pogodziliśmy. Wreszcie po pokonaniu ostatniej pionowej ściany i obejściu kilkudziesięciometrowego "pipanta" docieramy do trójki. To już nie jest ta dawna trójka znana nam ze zdjęć wypraw z poprzednich lat. Kiedyś miejscem tym była piękna platforma o powierzchni kilkuset metrów kwadratowych mieszcząca kilkanaście namiotów. Od czasu, gdy w 2006 roku, w nocy, oberwał się gigantyczny kawał seraka piętrzącego się nad obozem i uśmiercił sześciu śpiących tam wspinaczy, obozu tam się już nie stawia. Znajduje się on teraz za granią, kilkadziesiąt metrów niżej, na wyskrobanych w ścianie miniaturowych platformach na jeden lub dwa namioty.
Podczas wieczornego rekonesansu dochodzę ponad obóz trzeci, pod ścianę prowadzącą do seraka, która według relacji naszego Szerpy Sonama zawsze była śnieżna a w tym roku w tajemniczych okolicznościach zmieniła swą konsystencję na piękny 150 metrowy odcinek gładkiego, niebieskiego lodu o nachyleniu 65-70 stopni. Rozumiemy teraz informacje docierające do nas na początku trekkingu, w których dowiadywaliśmy się, że nikt jeszcze nie wszedł w tym roku na szczyt a Szerpowie nie chcą zaporęczować odcinka ponad obozem trzecim wynajdując różne "obiektywne" trudności, strasząc groźbą lawiny lodowej z obrywającego się seraka.
Ostatni poranek wspinaczki spędzamy w zacienionej, opisywanej już lodowej ścianie. Ja osobiście marznę koszmarnie i równomiernie. Po godzinie nie umiem ocenić czy bardziej zmarzłem w ręce czy nogi, nie czuję ani jednych ani drugich. A puchowe łapawice zostały w trójce, bo przecież idziemy na lekko, pogoda jest piękna a dotychczas było cieplutko... żałuję tego aż do szczytu bo przecież puchowe rękawiczki mieszczą się w pojęciu "na lekko".
Autor na szczycie w tle Mt. Everest i Lhotse.
Droga do szczytu jest nietrudną, choć stromą, śnieżną granią. Tu głównym wyzwaniem staje się wysokość. 400 metrów dzielące nas od szczytu pokonujemy w ponad 4 godziny. Na wierzchołek docieram pierwszy z pewną przewagą więc mam szansę przez kilkanaście minut pobyć sam na sam z górami. Tego słowami opisać nie umiem a zdjęcia i filmy nie oddają, ale z pewnością jest to ten fragment górskiej przygody, który jest siłą sprawczą kolejnych wypraw, wysiłku i dowolnie rozumianych kosztów ponoszonych przez wspinaczy aby Tam po prostu Być i wracać. Z wierzchołka Ama widzimy piękną i bliską perspektywę Everestu i Lhotse ze swą południową ścianą, nieopodal Makalu i Cho Oyu w oddali Kanchenjunge... tak, to jest miejsce w którym można snuć kolejne plany wyprawowe.
Na szczycie (od lewej) Leszek, autor i Marcin.
W kolejnych dniach wspinaczki nasze duże "L" podąża za nami z jednodniowym opóźnieniem wraz ze swą żoną Magdą, która po zdobyciu Aconcagui w tym roku, ostrzy sobie zęby na Ama Dablam. Po dojściu do trójki rezygnuje jednak z ataku szczytowego z powodu infekcji dróg oddechowych i schodzi wraz z nami a Ryszard w tym czasie szczytuje samotnie. Jest to już jego 22 wejście na ten piękny szczyt słusznie przez Nepalczyków zwany " Klejnotem Matki"
Szczęśliwy powrót do bazy urozmaicony pewnymi komplikacjami, które zmusiły chłopców do noclegu w trójce, we trzech, w jednym namiocie, bez wystarczającej liczby śpiworów i mat, podczas gdy ja spałem sam jak król w dwójce z dwoma śpiworami i trzema matami, wieńczy nasz sukces.
Warta wspomnienia jest też pewna rozmowa prowadzona przez radiotelefon, która zaowocowała kolejnym niezapomnianym dla mnie wydarzeniem. W dniu ataku szczytowego w rozmowie między obozami, której przysłuchiwał się także Base Camp w tym moja Ania, kibicująca nam cały czas z dołu, wspomniałem, że dałbym się pokroić za piwo, a może nawet padły jakieś bardziej niecenzuralne słowa. Po powrocie do bazy kiedy to na ostatnich nogach zbiegłem z całym bałaganem na plecach z jedynki zastałem w mesie ... cztery piwa San Miguel chłodzące się w garnku pełnym wody ze strumienia. Trzy z nich padły natychmiast, to było najlepsze piwo w mym życiu a i prędkość konsumpcji była pewnie także rekordowa. Okazało się, że Ani udało się przekonać Sonama, żeby zbiegł po nie do najbliższej lodży.
W 24 dni od wylotu z Warszawy jesteśmy w komplecie w bazie i opijamy zwycięstwo zachowanym na tę okoliczność 12 letnim Chivasem co na tej wysokości jest nie lada przyjemnością.
Sukces jest tym większy, że jesteśmy jedynymi Polakami w tym sezonie, którym udało się tego dokonać. Zespół PKA spędził pod Amą cały październik a dotarli jedynie do obozu trzeciego.
Powrót, choć w zejściu pokonuje się nieporównanie większe odcinki jest czystą przyjemnością: coraz cieplej, coraz więcej tlenu, coraz mniej ubrań na karku, tak... życie jest piękne!
No cóż, po tak udanej pierwszej przygodzie z górami wysokimi, może czas na pierwsze osiem tysięcy? Czas pokaże bo chęci i marzenia już są.
Ama Dablam (6 856 m.n.p.m.)
- szczyt w Nepalu w paśmie Himalajów. Jeden z najbardziej charakterystycznych szczytów w okolicy Mount Everestu. Nazwa Ama Dablam oznacza naszyjnik albo klejnot matki.
W Kathmandu w klimatycznym hotelu Marsyangdi Mandala zameldowali się uczestnicy wyprawy przybyli z różnych stron świata -USA, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Czech i oczywiście Polski. Wyprawa zaczęła się mocno ekscytującym lotem do Lukli. Stamtąd wraz z karawaną transportową jaków po sześciu dniach przepięknego trekkingu dotarliśmy do bazy pod Island Peakiem na wys. 5100m n.p.m. Pierwszym celem był Island Peak 6186m -uważany za najładniejszy szczyt trekkingowy w Nepalu- położony tuż przy majestatycznej ścianie Lhotse. Podstawowym celem wejścia na Imjatse (Island Peak) była aklimatyzacja wysokościowa. Już na tym szczycie pierwsi uczestnicy musieli się wycofać ze zdobywania góry z przyczyn zdrowotnych. Po kolejnych kilku dniach wyprawa przeniosła się do bazy pod Ama Dablam i na wys.4400m założyliśmy bazę główną.
W kolejnych dniach dwójkowe zespoły przemieszczały sie do obozu I (5700m) rozbitego już na grani. Stamtąd czekała nas mozolna wspinaczka do obozu II (5900 m) i już w rakach (teren skalno lodowy) do obozu III (6300m). Droga granią jest bardzo ciekawa wspinaczkowo (ścianki 6-tkowe) i ekspozycyjnie - do 1300m ściany w dół. Wraz z Szerpą Sonamem pokusiłem sie o wejście na szczyt w stylu alpejskim - bezpośrednio z obozu II (start o 4 rano) ,pomijając obóz III dotarliśmy na szczyt ok. południa ,po czym po zrobieniu zdjęć - mimo kiepskiej pogody zeszliśmy ,a raczej zjechaliśmy, po poręczówkach do obozu II o godz.17.00.Kolejnego dnia w śniegu przez obóz I dotarłem do bazy.
Na 14 uczestników wyprawy szczyt zdobyło 7.
Informacje zawarte na niniejszej stronie nie stanowią oferty w rozumieniu art. 66 i następnych kodeksu cywilnego. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystanie zawartości tej strony bez pisemnej zgody autora i webmastera jest zabronione.