Patagonia


Kultowe szczyty dla Ciebie!


Wyprawy i trekkingi w Andy, Kaukaz, Himalaje, Karakorum, Pamir.

wyprawy
trekkingi
glerie
terminy
kontakt
Wyjazdy cykliczne

Nanga Parbat - Pakistan
8125 m.n.p.m.

Nanga Parbat


Ama Dablam - Nepal
6856 m.n.p.m.

Ama Dablam


Cho-Oyu - Chiny, Nepal
8201 m.n.p.m.

Cho-Oyu


Elbrus - Rosja (Kaukaz)
5642 m.n.p.m.

Elbrus


Aconcagua - Argentyna
6962 m.n.p.m.

Acouncagua



Zobacz film
"HIMALAIŚCI W STREFIE ŚMIERCI"

HIMALAIŚCI W STREFIE ŚMIERCI
Historia Ryszarda Pawłowskiego

Jeżeli chcesz poznać prawdziwy
"SMAK GÓR"
przeczytaj książkę

Smak Gór
Ryszarda Pawłowskiego







Island Peak

Wokół Island Peaku - (Imja Tse 6198m)

Ten ładny i łagodny szczyt znajduje się pod południową ścianą Lhotse. Trasa trekkingu jest łatwa i niewymagająca specjalnego przygotowania, prowadzi w większości tą samą drogą, która wiedzie ku Everestowi, można więc dywagować, iż wszystkie drogi prowadzą ku niemu. Na pewno to kolejna piękna trasa w rejonie wielkich szczytów. Wyruszamy wiec z Katmandu i udajemy się do Lukli ( 2850m), skąd widoczne są już pierwsze szczyty ośmiotysięczników, które wpiszą się już na trwałe w wyobraźnię i pamięć. Kolejne etapy (opisane przy okazji trasy do bazy pod Mount Everest), to Namche Bazar (3500m), Khumjung i wycieczka do klasztoru w Tengboche i Demboche (3865m).

Do bazy pod Island Peak, trasa biegnie tuż obok przełęczy Ampha Lapcha, w pobliżu Baruntse i pięknego Ama Dablam. Na wysokości 5087 metrów, gdzie zakłada się pierwszy obóz, roztacza się niezapomniany widok na cały rejon Everestu. Ta bliskość wielkich gór zaspokaja więc największe wymagania w podziwianiu ich piękna. Dlatego to świetna trasa aklimatyzacyjna i pozwalająca poznać dokładnie rejon Khumbu, jako jedno z najbardziej niesamowitych miejsc na ziemi, jednocześnie doskonała dla wszystkich tych, którzy dopiero oswajają się z tym pięknem i planują dotrzeć w najbliższej przyszłości wyżej, i na pewno po przejściu tej trasy tego dokonają.






Lista sprzętu do zabrania na wyprawę:
  1. śpiwór puchowy
  2. kurtka puchowa
  3. plecak (60-80 L)
  4. czekan do lodu
  5. buty plastikowe
  6. uprząż alpinistyczna
  7. przyrząd samozaciskowy (Jumar)
  8. rękawice ciepłe (łapawice)
  9. rękawiczki polar albo wind stopper
  10. rękawiczki cienkie (od słońca)
  11. bluza z polara (lub wind stopper)
  12. spodnie z polara
  13. bluza przeciwwiatrowa
  14. spodnie przeciwwiatrowe
  15. termos
  16. butelka na napoje
  17. raki
  18. kijki narciarskie
  19. czapka ciepła
  20. czapka przeciwsłoneczna
  21. okulary przeciwsłoneczne (lodowcowe)
  22. ochraniacze przeciwśniegowe
  23. bielizna przeciwpotliwa (koszulki, kalesony)
  24. gogle narciarskie
  25. termorest lub karimat
  26. krem oraz pomadka z filtrem UV
  27. przybory kuchenne osobiste (kubek, łyżka, miska)
  28. czołówka i zapasowe baterie
  29. przyrząd zjazdowy (ósemka)
  30. karabinki zakręcane - 2 szt.
  31. karabinki osobiste - 2 szt.
  32. pętle i taśmy osobiste
  33. aparat fotograficzny
  34. ulubiona maskotka
Pamiętaj, nawet najlepszy sprzęt nie zapewni Ci wejścia na szczyt
bez przygotowania kondycyjnego i nastawienia psychicznego!


Trekking Island Peak (6189m) 2008:


dzień 1 Warszawa - Londyn - Doha
dzień 2 Doha - Kathmandu
dzień 3 Kathmandu - odpoczynek, zwiedzanie
dzień 4 Przelot Katmandu - Lukla (2800m) - Phakding
dzień 5 Namche Bazar (3440 m)
dzień 6 Wypoczynek - wycieczka do Khumjung (3763m)
dzień 7 Pangboche (4252m)
dzień 8 Dingboche (4343m)
dzień 9 Chukhung (4920m)
dzień 10 Chukhung Ri (5400m)
dzień 11 Island Peak - baza (5150m)
dzień 12 Aklimatyzacja - wyjście do 5800m
dzień 13 Dzień rezerwowy
dzień 14 Island Peak (Imjatse 6189m) - szczyt
dzień 15 Dingboche albo Pangboche
dzień 16 Dojście do bazy pod Ama Dablam
dzień 17 Namche Bazar
dzień 18 Lukla - KTM
dzień 19 KTM - odpoczynek
dzień 20 Powrót do kraju

W razie niepogody zastrzegamy sobie zmiany w programie





Relacje uczestników wyprawy na ISLAND PEAK:
RELACJA I (Edyta Karwowska) - 2009

MÓJ ISLAND PEAK

Kiedy byłam małą dziewczynką, tato opowiadał mi bajki. O smokach, księżniczkach, królach, i...Himalajach. Sam kochał góry i zadeptywał je namiętnie. Zaraził bakcylem górskim całą naszą rodzinę, a moja prababka była góralką...

Do kiedy pamiętam, jeździliśmy w góry. Pierwszą zdobytą przeze mnie górą, była Babia Góra. Miałam 5 lat, pamiętałam, że beczałam ze zmęczenia w drodze powrotnej i zazdrości, bo moją młodszą siostrę nasz ukochany wujek niósł "na barana".

Chodziłam po górach turystycznie, choć podziwiałam wyczyny alpinistów. W tamtych czasach wyjazd w Himalaje, można było porównać do lotu na księżyc. Deptałam więc sobie po naszych górach marząc, żeby zobaczyć coś poza nimi. Było poza zasięgiem.

Któregoś razu spotkałam kuzyna, był grudzień, a on opalony. Jak powiedział, że wrócił z trekkingu w Himalajach, to piorun we mnie strzelił: to tak po prostu, bez umiejętności alpinistycznych można chodzić po Himalajach?! Zwykły śmiertelnik może zobaczyć na własne oczy Boginię Matkę Ziemi? Nim skończyliśmy rozmawiać, postanowiłam, że też pojadę. Najpierw miałam jechać na zwykły trekking. Zaklepałam się, ale czegoś mi jeszcze brakowało. Szukałam w necie informacji na temat pobytu w Himalajach, czytałam relacje i któregoś dnia przez przypadek (chociaż nie wierzę w przypadki, tak miało być) trafiłam na stronę Pawłowskich. Zaniemówiłam. Legenda himalaizmu tak po prostu organizuje wyprawy komercyjne dla nas, Polaków? Trekkingi? Wejście na sześciotysięcznik to trekking? Nie, jestem za cienka w uszach na takie rzeczy, ale...może jednak tylko zadzwonię, co szkodzi zapytać? Trzy minuty później dzwonię. Odbiera Magda, żona Ryśka. Nie, Ryśka nie ma, jest na wyjeździe. Chcę na trekking w Himalaje? Może Island Peak? Moje doświadczenie zimowe w górach? Żadne. Raki? Nie miałam na nogach. Magda z zaskoczenia milknie na chwilę. Potem mówi, że może... Po pierwszej rozmowie stwierdziłam, że nie nadaję się na taki wyjazd. Nawet nie byłam na Rysach, o Alpach nie wspomnę. Co tam będę robić? Ale ziarno zostało zasiane. W trakcie kolejnej rozmowy powiedziałam "tak". Jadę. Sama nie mogłam w to uwierzyć. Potem było czekanie i kompletowanie rzeczy. Jako kobieta każdej pary szpilek, bluzek, perfum i podobnych od ust sobie odejmowałam, żeby mieć na skarpety trekkingowe, spodnie wspinaczkowe, koszulki oddychające, śpiwór i kurtkę i okulary lodowcowe:) Odliczałam dni do wyjazdu, usiłując w międzyczasie nauczyć się choć podstaw angielskiego, którego nie znałam...

Island Peak

Denerwowałam się tak, że ostatnie kilka dni przed wyjazdem chodziłam cały czas z adrenaliną i ściśniętym żołądkiem. Zamęczałam Magdę telefonami z pytaniami w drobiazgi. Jej rady okazały się wręcz bezcenne! Czułam się jak przed bardzo ważnym egzaminem.
W końcu nadszedł dzień zero. Ostatni raz leciałam samolotem na liniach krajowych, kiedy miałam 11 lat, teraz czekała mnie dwudziestogodzinna podróż. Bałam się. Jak cholera. A jeszcze ukryłam moją anemię. Bałam, że mnie ona wyeliminuje.

Jak potraktują mnie ludzie z doświadczeniem, jacy będą? Na widok czteroosobowej grupy zmierzającej ku mnie na Okęciu, miałam serce w gardle. Dobrze, że w tej grupie nie było jeszcze Napała, pewnie dostałabym z wrażenia zawału. Już w czasie podróży wiedziałam, że trafiłam w grono normalnych, fajnych ludzi. Mirek, Benek i Robert - super faceci z poczuciem humoru i pozytywnym nastawieniem do życia. Mirek - inteligentne, lekko sarkastycznie poczucie humoru, szósta wizyta w Himalajach. Robert - rozkojarzony, życzliwy i pomocny, z rzadką cechą uważnego słuchania. Benek - zarażający śmiechem i pozytywną energią, stanowczy, kochający dzieci wszelkiej maści oraz - jak się później okaże - bardzo opiekuńczy.

Beata - kobieta małomówna (rzadkość wśród naszego gatunku!), szczera, asertywna, bardzo uparta oraz zdeterminowana.

O zauważonych wadach nie wspomnę, przy powyższym były nieistotne, a sama posiadam ich mnóstwo.

Benek w drodze powrotnej przyznał mi się, że kiedy wisiałam przez jakąś godzinę na telefonie przez odlotem, pomyślał sobie o mnie: co za głupia baba, gada i gada wciąż przez tę komórkę! ;) Podróż męcząca, ale na myśl, że celem będzie Katmandu, miasto dotychczas znane mi tylko z kart książek, relacji, opowiadań, miasto, z którego zaczynały się Wielkie Wspinaczki, zapominałam o znużeniu.

Z Doha do Katmandu leciałam już zniecierpliwiona, z bolącym brzuchem. Pomimo teoretycznej wiedzy, zaskoczyła mnie biurokracja azjatycka i wygląd lotniska w Katmandu. Dobra, zrobię wszystko, tylko chce już do hotelu, jeść, spać, zobaczyć miasto! No i gdzie ten Napał, jakim jest człowiekiem, jak wygląda? Budynek lotniska wypluwa nas w niesamowity, chaotyczny i obcojęzyczny zgiełk; ktoś nas woła, ktoś nas gdzieś prowadzi, ktoś zabiera nasze bagaże. W końcu stajemy i słyszę obok siebie przyciszone i podniecone głosy: o, jest Rysiek, to on, to Napał! Dostrzegam go w półmroku w momencie kiedy uważnie mi się przygląda. Przedstawiam się i myślę, że on też - to ten gamoń z Poznania. W czasie jazdy busem do hotelu Napał wciąż uważnie przygląda się grupie, trochę dowcipkuje, mówi o planie wieczoru.

Jedziemy przez Katmandu. To jest jazda dopiero! Dobrze, że mnie znajomi przygotowali, żadnych przepisów, znaków, zasad. Każdy jedzie i trąbi, oznajmiając tym jakikolwiek manewr lub ostrzegając. Piesi poruszają się na tych samych zasadach, a raczej ich braku. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mi to się podoba. Egzotyka. I pełno kurzu wciskającego się wszędzie - to mi się mniej podoba. Przestaję słuchać co mówi Napał i z rozdziawioną buzią spoglądam na domy, które zdają się być sklecone na szybkiego i z czego tylko było pod ręką, stragany, niewysoki, różnokolorowy hałaśliwy tłum, podążający w każdym możliwym kierunku. Czuję inną atmosferę, zapachy, ciarki emocji i radości na plecach. Jestem w stolicy Nepalu, w Azji, to pierwsza brama w Himalaje!

Następnego dnia nużyło mnie zwiedzanie, chciałam do Lukli, już być w górach, iść.
Chyba się polubiliśmy, my, grupa z samolotu, bo jakoś tak bez słów i umawiania się, trzymamy się razem.

Nazajutrz przeczekujemy mgłę i lecimy do Lukli. Zwyczaje i porządek na lotnisku krajowym i potem - jak się okaże i międzynarodowym - są tak odmienne od naszych, że niektórzy zaczynają się strasznie irytować. Siadam sobie na plecaku w pobliżu swoich, już spokojnie. Inni polecieli, to my tez polecimy. Jak? Nieważne. Szkoda się zastanawiać i irytować. Tu ludzie mają inną mentalność, a po za tym jesteśmy pod pieczą profesjonalistów, którzy nie takich przewozili do Lukli.

Lecimy. Po krótkim czasie wreszcie widzę. Himalaje. Agnieszce lecą łzy po policzkach. Rozumiem, uśmiecham się.

Lukla. Kolejna brama. Zdaję sobie sprawę, że nagle jestem na wysokości 2.800 m.n.p.m. - ciekawe jak będę się czuć jutro? Znów wytrzeszczam oczy na okolicę, ludzi, otoczenie. Słońce. Góóóryy! Jestem w swoim żywiole. Zamieszanie z bagażami i wychodzimy. Stwierdzam, że w Himalajach idzie się tak zupełnie normalnie, żadnych sensacji. Nie czuję niższego ciśnienia, czuję jak motylki w moim brzuchu rozkładają skrzydła na myśl o wędrówce. Chyba wystartowałam ostro, Robert ciągnie mnie za troczki plecaka i mówi, żebym nie szarżowała, jestem pierwszy raz na takich wysokościach i lepiej uważać. Pyta się, czy będzie mi głupio, jeśli przyjdę ostatnia na nocleg. No, będzie, ale...przeżyję. Chcę się pławić po drodze w tym, co dookoła mnie. Och, nie tylko dookoła. To jakby wchodzi we mnie, po pewnym czasie staję się częścią gór, a moja wędrówka po nich jest stanem naturalnym i oczywistym. Wszystko jest tak jak powinno, ma swój właściwy czas i miejsce. Dla mnie monotonna wędrówka po górach to rodzaj transu czy medytacji, jestem szczęśliwa. Himalaje mają zwój zapach. Pachną inaczej niż "nasze góry". Może to kwestia wyobraźni, a może klimatu.

I tak sobie depczemy wszyscy od lodży do lodży. Spotykamy się czasem większymi grupami w trakcie przystanków, wymieniamy wrażeniami, dowcipkujemy. Przed wyjazdem znajomi, którzy byli w Himalajach polecali mi koniecznie zabranie czegoś do czytania, pisania, itp., bo się będę nudzić wieczorami. Z naszą grupą to niemożliwe. Nawet przez pierwsze wieczory Napał jest bardzo rozmowny, co jest podobno jest do niego niepodobne. Widzę, że bardzo uważnie przy tym przygląda się poszczególnym osobnikom. Ciekawe, co tak naprawdę o nas myśli? Jego żona Magda, miała rację, ma specyficzne poczucie humoru, nie chciałabym mu podpaść, ale trudno go nie polubić. Nawet kiedy opieprza mnie i Beatę za spóźnienie, czy zwraca nam głośno, wyraźnie i dobitnie, przy całej grupie uwagę, że go nie słuchamy i gadamy między sobą, a potem nie będziemy wiedziały o co chodzi. Jednym zdaniem zjechał nas jak dzieci w szkole podstawowej. Nie traktuje nas jednak jak dzieci. Każdy idzie jak chce i jak długo chce, je i pije co chce, kładzie się spać kiedy chce. Nikogo nie zamierza za rączkę prowadzić ani niańczyć. To nie wycieczka z biura podróży.

Island Peak

Wygląda na to, że wszyscy też bardzo dobrze się czują. Po drodze Mietek karmi nas wyśmienitą kiełbasą polską, przywiezioną z...USA. Jedzenie nepalskie jest dość specyficzne jak dla mnie, mimo, że mogę żyć bez mięsa, ale na razie pożeram wszystko co stanie na mojej drodze w ilościach - w opinii rozbawionego moim apetytem Mirka i lekko przerażonej Beaty - nadmiernych. Apetyt w górach mi zawsze dopisuje i to do tego stopnia, że staję się obiektem żartów. Kierując się wskazówkami Magdy, piję ogromne ilości black tea, która oprócz nazwy niewiele ma wspólnego ze znaną mi herbatą. Śpię trochę gorzej jak na nizinach, ale to przez te ilości black tea...

Dziś idziemy do klasztoru w Tengboche, po drodze będzie już widać Boginię. Pamiętam ostatni fragment podejścia przed ujrzeniem Mount Everestu. Jakoś w tym momencie prawie cała grupa trzymała razem i Napał co chwilę mówił, że to zaraz. Przechodzimy przez przełęcz i...jest. Bogini Matka Ziemi wita mnie w słońcu, cieple i świetnej widoczności. Wycofuję się na tył grupy, chcę być na ten moment sama. Chowam się za stupę i kontempluję na bezdechu widok dwóch legendarnych gór: Bogini i Lhotse. Bogini jeszcze nie ma nawet pióropusza - pojawi się dopiero po południu. Od teraz będziemy się poruszać przez kilka dni w Jej towarzystwie. Obok widać Ama Dablam - cel tej wyprawy dla wszystkich oprócz mnie, "drugiej" Beaty i Benka. Góra wygląda imponująco, czuję ukłucie zazdrości, ale to nie progi na moje nogi. Na razie... Czuję też niepokój o "moich" - wszyscy wrócą cali i zdrowi? Najbardziej chyba się boję o Mirka. Mirek jest chory, bardzo. Od dzieciństwa walczy z nowotworem. To jego kolejne podejście do Ama Dablam. Tak bardzo chcę, żeby on wszedł na tę górę, że bezgłośnie zanoszę prośby do Sagharmaty (bo wygląda, że robi tu za szefową), żeby mu pozwoliła na tej wyprawie wejść na Ama Dablam.

Patrzę wciąż i patrzę, i zaczyna mi świtać coś w rodzaju zrozumienia dla ludzi, którzy mają odwagę naruszać święty spokój tych gór, ryzykując życiem.

Mietek kręci film i prosi każdego z nas o wypowiedź. Co mam powiedzieć? Nie chcę się wypowiadać, nie mam nic do powiedzenia. To co czuję i widzę jest moje.

Nocleg w Pangboche - prawie 4.000m! Już dawno pobiłam swój rekord wysokości, a wciąż czuję się dobrze. No, może jakoś tak dziwnie ciężko wchodzi mi się po schodach i zasapałam się przy praniu. Oprócz Tomka, wciąż wszyscy czują się dobrze i to widać po apetytach. Każdego ranka budzę się i diagnozuję siebie, wsłuchuję się w swój organizm: coś mnie boli? Nie. Jakieś problemy z oddechem? Zawroty głowy? Nie. Opuchlizna? Nie! Głodna? O tak!
W Chhukhung dalej czuję się dobrze. Stamtąd czeka nas już droga do bazy pod Island Peak. Rano z trudem przełykam pudding rice, wstrętny jakiś się zrobił. W drodze do bazy tracę humor, wieje wiatr, jest zimno, jestem rozdrażniona i chcę iść sama żeby sobie pomyśleć nad swoimi sprawkami. Na godzinę przed dojściem mam dość, po raz pierwszy czuję zmęczenie i to bardzo. Mam parszywy nastrój w stylu "nikt mnie nie kocha i wszyscy mnie biją i co ja tutaj w ogóle robię". W takim stanie doczłapuję się do bazy. Tam trwa akcja rozbijania namiotów. Staję bezradnie i chyba widać po mnie jak się czuję, bo Agnieszka, która się wspina w lodzie, kochana, pełna pozytywnej energii dziewczyna i Piotrek, skromny, niepozorny facet, a jak się okaże, wielki i silny mężczyzna, dosłownie ściągają ze mnie plecak i wrzucają mnie do swojego namiotu, żebym odpoczęła do czasu rozbicia mojego. Och, jak strasznie im jestem wdzięczna za ten gest! Chowam głowę w śpiwór Agi lub Piotra i czuję duszące mnie łzy. Jaka ja durna jestem! Wlokę swój tyłek na drugi kontynent, żeby tam śmierdzieć, męczyć się i mieć śmiałość próbować wejść na ponad sześć tysięcy, kiedy do tej pory wlazłam najwyżej na dwa z hakiem. Gdzie ja się pcham? Na myśl o perspektywie spania podczas mrozu w namiocie, rozczulam się nad sobą. Przecież mi ciągle i wszędzie jest zimno! Buu! Wśród znajomych i przyjaciół moje marznięcie stało się już nawet przysłowiowe. Ratunku, jaka jestem słaba, biedna i głupia! Na szczęście trwa to chyba 15 minut. Słyszę głos Bety, oznajmiający, że nasz namiot już stoi. Zbieram się i przy urządzaniu naszego tymczasowego domku mój podły nastrój mija, nawet nie wiem kiedy. Kalu, nasz Szerpa - szef kuchni naprawdę się stara. Jedzenie jest o wiele lepsze jak w lodżach, kolacja mija w dobrych nastrojach. Potem "nasi" Szerpowie pod dyktando naszego przewodnika - Sonama, napełniają butelki gorącą wodą, na noc, na rozgrzanie. Okazuje się to dla moich marznących nóg błogosławieństwem!

Już nie myślę o tym, że jest mróz, że jestem brudna i miałam mały kryzys. Jutro poznam swoją górę, robimy wypad aklimatyzacyjny do granicy śniegu, potem dzień odpoczynku. Ok., świetnie!

Rano budzi mnie jakaś woda kapiąca mi na twarz. Okazuje się, że to szron z namiotu. Poruszam głową i czuję ból! Oho! Na szczęście przechodzi po śniadaniu.
Tymczasem ze zdumieniem stwierdzam, że wszystko w namiocie jest zamarznięte! I ja spałam w takich warunkach smacznie jak niemowlę?!

Wdrapuję się z mozołem na Island. Chyba zaczynam odczuwać wysokość, wlokę się niemiłosiernie i bez ducha po monotonnej, obsuwających się wciąż spod nóg kupie kamieni i chwilami się zastanawiam, po co? Towarzyszy mi przeważnie Robert, który kiepsko się czuje, więc moje ślimacze tempo mu odpowiada. Cały czas mi powtarza, że jestem wielka, dzielna i takie tam, i mam iść, a pojutrze wejść na szczyt. Mruczę pod nosem, akurat! Idę. Dochodzimy zdaje się do wysokości 5.600, spotykamy większość grupy. Niektórzy zawracają, mają dość, inni właśnie zeszli z 5.800 - granicy śniegu. Robi się stromo i jeszcze bardziej kamieniście. Mam dość. Nieśmiało zapytuję Napała i Roberta, czy mam iść dalej. Widocznie, tak naprawdę nie chciałam zawrócić, bo wiedziałam, że Robert zaoponuje. Napał ku mojemu zdziwieniu mówi, że mam odpocząć i iść na górę. Wdrapuję się z mozołem, jak żółwica, po tej cholernej kupie kamieni i zastanawiam się, jak ja stąd zejdę? Strasznie mi się to dłuży i zastanawiam się jak będzie pojutrze, kiedy przede mną będzie najtrudniejszy dla mnie odcinek? Chyba nie dam rady. Nie, nie mogę, będzie obciach jak cholera! Trudno, może pojutrze będę się lepiej czuła i jakoś się doturlam na szczyt. Robert chyba się domyśla co tam sobie przemyśliwam, bo cały czas mi zrzędzi: pójdzie ze mną i dopilnuje, żebym wlazła na szczyt. W razie czego mi pomoże. Jestem rozdrażniona, zniechęcona i zła, ale nie okazuje mu tego.

Niestety, następnego dnia Robert jest już naprawdę bardzo chory. Ma wysoką gorączkę i nieprzyjemne dolegliwości żołądkowe. Jestem pewna, że nie pójdzie z nami następnego dnia na Island, ale jak się okaże, bardzo się. Kiedy idę do Roberta z lekami, skonsultowanymi z Mirkiem, spotykam Marka z innym, bardziej męskim lekarstwem w ręku, które właśnie zaordynował Robertowi. To koniak. No tak, mężczyźni!

Ku mojemu zdumieniu w nocy wyrusza z nami na Island. W jeszcze większe zdumienie wprawi mnie przed wpięciem się w poręczówki, bo jest tak osłabiony, że z trudem chwilami mówi. Poucza mnie jak mam wchodzić i co robić, więc jestem pewna, że rezygnuje i pytam się, czy zaczyna schodzić, czy poczeka na nas pod poręczówkami. Jego oburzenie nie ma granic! Chyba zwariowałam: on teraz miałby zrezygnować? Nigdy! Pyta, czy ja aby nie zamierzam rezygnować?
No nie, ale patrząc na to co przede mną, nie bardzo wierzę, że wejdę, a może raczej jestem lekko jakby otępiała (wysokość?) i myślę tylko o tym, że za chwilę wepnę jumar i będę jakoś tam wchodzić.
Ledwo wpięłam się w poręczówki, widzę schodzącego już ze szczytu Napała. W tym momencie wpadam w panikę, mam w głowie tylko jedną myśl, zawróci mnie, na pewno mnie zawróci! Idę jak ślimak, jest późno, chyba koło 9.00, za chwilę każe mi wracać, a z nim nie ma dyskusji! Ku mojemu zdumieniu Napał schodzi i spokojnie mówi, że mam wchodzić i że dam radę. Czuję ulgę.

O celu na razie nie myślę. Pierwsze kroki na jumarze okazują się ogromnym wysiłkiem na tej wysokości, choć podejście nie wyglądało przecież tak źle. Jestem tuż za Beatą i słyszę jej przyspieszony i ciężki oddech. Pewnie mam podobnie, ale na razie żyję, więc pełznę do góry. Oglądam się kilka razy w dół. Gdzie mój lęk wysokości? Po wielu latach przepychanek pozostawiłam go dwa lata temu w słowackich górach. Strasznie ciężko. Wracać? Nie, przecież idę. Wdrapuje się na przełęcz, na której siedzą Benek, Mirek i Marek. Kochane chłopaki: wiwatują na mój widok i podnoszą na duchu: teraz już wejdziesz Edzia, nie ma bata, stąd jest lżej i blisko, dawaj, dawaj, 5 minut do szczytu. No, tu lekko przesadzili, bo nawet ja potrafię ocenić, że na tej wysokości to nie będzie 5 minut. Mima - żona Sonama częstuje mnie herbatą (black tea:). Smakuje jak napój bogów. Dyszę jak wieloryb i czuję napływającą siłę i radość. Teraz mnie nic nie zatrzyma. Z każdym oddechem przybywa mi siły. Wpinam się znów w poręczówkę i wędruje wprost na szczyt. Dostaję skrzydeł, w zwolnionym tempie. W końcu jestem pod samym szczytem. Zatrzymuję się. Muszę posmakować chwili. Uspokajam oddech, następuje cisza. Mima jest już na szczycie, za mną nikogo. Cisza. Słońce. Góry. Świadomość, że za chwilę będę na szczycie. Czuję tylko bicie swojego serca. Ogarnia mnie oszałamiająca radość i mimowolnie zaczynają lecieć łzy. Nie potrafię ich powstrzymać. Nikt nie słyszy i nie widzi, że płaczę. Po chwili szlocham ze szczęścia, wcale nie próbując się opanować. Chcę to wyryczeć, tę swoją rozsadzającą mnie radość. Jestem kobietą, mam przyzwolenie na beczenie. Mima zdziwiona moim dłuższym postojem macha na mnie ręką ze szczytu. Powoli się uspokajam, oglądam w dół. Mirek i Benek machają do mnie, a Robert wpina się właśnie w linę, wcześniej kręcił film. Robertowi należy się, żeby był przede mną, był przecież dla mnie jak guide.

Wreszcie wchodzę i dopiero wtedy podnoszę głowę i spoglądam w dół i dookoła. Zapiera mi dech na chwilę. Nie spodziewałam się aż takich widoków! Nie skaczę i nie krzyczę z radości, emocje wypłakałam pod szczytem, ale czuję niesamowitość chwili. Sonam, Mima i Robert pokrzykują z radości (Sonam jest tu pewnie ze dwudziesty raz...), potem robimy sesję zdjęciową. Czuję znów jak to co widzę i czuję wchodzi we mnie i wiem, że zostanie już na zawsze. Wiem, że to tylko szczyt trekkingowy, ale...

Nikt mnie nie musiał wciągać, podawać ręki, nieść plecaka, itp. Nie musiał też wyciągać z dołów psychicznych. To raczej były chwile zniechęcenia jak załamania. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wszystko co powiedział i doradził mi Robert było bezcenne i na pewno mi pomogło, ale nie musiał mnie ciągnąć za uszy. Już schodząc ze szczytu zastanawiałam się, czy mogę zacząć w tym wieku naukę wspinania. Czy mam szanse na trudniejsze szczyty? Ale jeśli czuję i chcę, to co stoi na przeszkodzie? Właściwie, to postanowiłam już wcześniej, kiedy zamiast wypożyczyć buty i raki, kupiłam je. Kiedy przyglądałam i przysłuchiwałam się dziewczynom. Można, wszystko można zrobić - jak mówi Zbyszek, moja druga połowa. Zaczynam przejmować od niego to motto (jesteśmy razem niecałe dwa lata). To ważne mieć takie wsparcie.


Dziś już dokładnie nie pamiętam kto wpadł pierwszy na pomysł zejścia do Chhukhung na nocleg. W każdym razie podchwyciłam go natychmiast. Miałam dość budzenia się w bazie z bólem głowy, jadłowstrętu, ciągnącego się w nieskończoność zejścia z Island'a po tych paskudnych kamieniach. Czułam się pełna energii pomimo już ponad dwunastogodzinnej wędrówki, więc wpadłam do bazy i zaczęłam się pakować. Postanowiliśmy zejść w czwórkę: ja, Mirek, Robert i Ania. Wyruszyliśmy jeszcze za dnia, droga wydawała się prosta i niedługa. Się wydawało. Nie zauważyliśmy jednego: Robert był ledwie żywy, nie dawał poznać po sobie, a szedł równo z nami. Szybko zapadły ciemności, była pełnia, bezchmurne niebo, więc szliśmy raźnie. Do czasu, kiedy nagle stwierdziliśmy, że nie wiemy jak dalej iść. Jeszcze chwilę przedtem Robert zaczął słabnąć, potem słaniał się na nogach. Zdaje się, że po 20.00 zapadła decyzja o odwrocie lub "kiblu". Naprawdę się bałam: kilkunastostopniowy mróz, Robert z wysoką gorączką, Ania narzekająca na silny ból kolana. Chłopcy zaproponowali nocleg. Nieraz nocowałam pod gołym, latem, ewentualnie jesienią, jednak nie w Himalajach na wysokości 5.000 m.n.p.m. Mirek i Robert (najbardziej doświadczeni z nas z tych sprawach) zaczęli tłumaczyć, że mamy przecież śpiwory, najwyżej się trochę odmrozimy..., ale nie grozi nam większe niebezpieczeństwo. Ojć, jakby mnie ktoś żgnął, aż podskoczyłam. Odmrozić?! Nie! Nigdy w życiu! Tylko nie odmrozić! W tym momencie zdecydowałam, że będę iść całą noc, aż do świtu chyba, że padnę. W lekkiej panice poprosiłam o telefon satelitarny. A dokąd zadzwonisz? - zapytali chłopcy. Do TOPR-u? GOPR-u? Do Katmandu po helikopter? A może do Napała? I co powiesz? Otrzeźwiałam. Z rezygnacją ruszyliśmy dalej.

Nasze kończyny przed ewentualnymi odmrożeniami uratował Mirek. Rozpoznał kontury Island Peaku, odnalazł wyjście z doliny, w której się pałętaliśmy od dłuższego czasu i ruszyliśmy w końcu w stronę bazy. Ania kulała i prawie płakała z bólu, Robert sprawiał wrażenie, że nie bardzo wie, co się dzieje. I ja czułam wreszcie wyczerpanie, było mi zimno, plecak mi zaczął ciążyć. Mirek wyprzedził nas i wysłał Sonama z gorącą herbatą. Nigdy nie zapomnę miny Sonama, kiedy nas zobaczył. Spaliśmy w namiocie-messie, bo nasze były zajęte przez tragarzy. Taka prawie dwudziestogodzinna wycieczka dobrze zrobiła na sen...Głowa mnie rano nie bolała.

Następnego dnia schodziliśmy do Pangboche, stamtąd ja i Benek kolejnego dnia mieliśmy rozpocząć odwrót, a reszta ekipy udawała się do bazy pod Ama Dablam.
Przy rozstaniu z grupą było mi smutno, mimo, że tęskniłam już za swoimi, normalnym jedzeniem, własnym łóżkiem. Zdałam sobie sprawę, że pewnie już nie spotkamy się w takim składzie. Zazdrościłam czekającej ich próby zdobycia Ama Dablam.
Sonam oprowadził nas jeszcze po swojej rodzinnej miejscowości, zaprowadził do miejscowego lamy, który odprawił dla nas pudże, pożegnaliśmy się ze wszystkimi (prawie, bo Mirek się gdzieś zapodział) i rozpoczęliśmy odwrót przy pożegnalnej pieśni, śpiewanej przez Mietka.

Czekało nas dwa dni niezłego tupania. Dopiero wtedy trochę otarłam sobie nogi i byłam wieczorami tak wyczerpana, że nawet nie chciało mi się gadać. Głównym tematem rozmów było: dobre jedzonko, które zjemy po przybyciu do domów, kąpiel w czystych, własnych łazienkach, łóżeczko z wkładem w postaci naszych drugich połówek. Mi się ciągle marzyła pieczeń wołowa i kawa lavazza. Trzymając się wskazówek Magdy, nie jadłam mięsa przez cały pobyt w Nepalu, (a podejrzewamy, że właśnie pieczeń z jaka zaszkodziła Robertowi), nie piłam kawy powyżej 3.000 m.n.p.m., nie paliłam nawet papierosów...Nie bardzo rozumiem swój organizm, ale alkohol tolerował do prawie 5.000 m.n.p.m. Oczywiście w ilościach zdroworozsądkowych. Jeśli chodzi o papierosy zaskoczył mnie Piotrek. Starał się ograniczać palenie, codziennie konsultowaliśmy ilość wypalanych papierosów. W trakcie nocnego podejścia pod Island w którymś momencie oprócz świateł czołówek, zobaczyłam też coś, co mi przypominało żarzący się papieros. A to był nasz Piotruś przycupnięty za głazem i z nieukrywaną rozkoszą zaciągający się ćmikiem! Jeszcze zapytał, czy aby też nie chcę...zrobiło mi się niedobrze na samą myśl. Pierwszego papierosa po kilkudniowej przerwie zapaliłam w Katmandu. Najedzeni, wykąpani i przy piwku rozkoszowaliśmy się z Benkiem ciepłym wieczorem. Wtedy zachciało mi się palić. Ach jak mi smakował ten papieros!

Mieliśmy z Benkiem dwa dni z hakiem czekania na wylot z Nepalu. Intensywnie robiliśmy zakupy upominków dla najbliższych, napychaliśmy nasze żołądki wszystkim, co nam się spodobało i żegnaliśmy się z przygodą.

Kiedy zaczynaliśmy kołować przed startem, poczułam tęsknotę. Za Himalajami. Samolot startował, a ja patrząc na oddalające się Katmandu, złożyłam sobie i górom przysięgę, że tu wrócę. Wrócę. Jeszcze nie wiem jak i kiedy, ale czuję, że tak będzie. Obym jak Mirek, wracała wciąż w Himalaje.

Edyta Karwowska



cofnij   strona główna







Patroni i sponsorzy wypraw:

Planeta Gór HARD WEAR ZDROWIE W PODRÓŻY 3 Żywioły Hi Mountain weld Turystyka & Góry


Patagonia - Ryszard Pawłowski © 2007
webdesign : emoweb
Informacje zawarte na niniejszej stronie nie stanowią oferty w rozumieniu art. 66 i następnych kodeksu cywilnego.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystanie zawartości tej strony bez pisemnej zgody autora i webmastera jest zabronione.